Zdarzało się jednak, że podrzucali kołtun drugim pode drzwi, „żeby go tam ktoś przelazł i żeby ból w niego wstąpił”, a ci, którzy mieli to uczynione, uważali to za wielką zemstę i przenosząc podrzucony kołtun w spokojne miejsce, żegnali go, żeby im nie szkodził.
Słowem, obchodzili się z kołtunem jak z czymś żywym i starali się mu dogadzać.
Ograszka, zwana też „trzeciaczką”, była tak rozpowszechniona, że prawie każdy ją przechodził, szczególnie dzieci i młodzi. Chory miewał silne dreszcze, musiał się kłaść i zimno nim trzęsło, choćby był najlepiej nakryty, po czym przychodziła gorączka. Po takiej zimniączce i rozpaleniu wstawał i robił, był jednak zawsze blady i chciał dużo pić wody. Dreszcze z gorączką ponawiały się o jednej godzinie co trzeci lub co czwarty dzień i według tego ograszkę nazywali „trzeciaczką” i „czwartaczką”. Pochodziła ona z jedzenia zielonych, niedojrzałych owoców, szczawiu, picia piwa na głodny żołądek, z przemoknięcia i przeziębienia, z otrzęsienia się i przeciążenia pracą. Niektórzy na tę chorobę całkiem się nie leczyli, mówiąc, że sama ustanie, skoro „swoje wytrzęsie”. Dopiero gdy za długo trwała, rok i dłużej, i chorego tak osłabiła, że ledwie się trzymał na nogach, wtenczas zabierali się do kuracji domowymi środkami, herbatą z ziół albo chininą162, która najprędzej w tej chorobie pomagała.
Również bardzo pospolite było dawniej tzw. utrącenie. I tę chorobę prawie każdy przechodził. Dziecko, gdy spadło skądś, a także starszy, gdy potłukł się lub coś ciężkiego siłą dźwignął, chorował na utrącenie. Mówili, że w takich wypadkach krzyż, czyli dolna część kręgosłupa, kuper, opada, podchodzi w dół. Chory miał gorączkę, febrę i nogi pod nim dygotały. Do takiego chorego wołali zawsze babkę czyli akuszerkę, która go smarowała wódką, zagrzaną z mydłem i tłustością, po całym ciele, a najwięcej w okolicy krzyżów, kazała też okładać maszczoną kaszą jęczmienną, przy tym zaś podnosiła kuper palcem, przez odbytnicę, co było bardzo bolesne, i znajdowała zawsze, że kuper był opadnięty.
Gdy ktoś z inteligencji był słaby, miał wygląd chorowity i zmarł, mówili o nim, że był „utrącony”, ale nie chciał w to wierzyć i leczyć się chłopskim sposobem, wolał umrzeć i umarł.
To były choroby zwyczajne i żadnej trwogi przed nimi nie było. Bali się tylko cholery i przy różnych pogawędkach ze strachem o niej mówili.
Za mojej pamięci grasowała ona w latach 1872 i 1873 w sąsiednich wsiach, najwięcej zaś ludzi wymarło wówczas w Zakrzowie i Nagnajowie. Mówili wtedy, że najlepszym lekarstwem na cholerę jest pić jak najwięcej wódki, być wesołym i nie bać się, bo bojących się najprędzej się czepi. W Nagnajowie prawie wszyscy mieszkańcy wyszli do pobliskiego lasu i nawet bydło wygnali i tam przez jakiś czas siedzieli, wódkę pili i przy muzyce tańczyli, ażeby o tej strasznej cholerze zapomnieć. Doktorowi, który wtenczas objeżdżał wsie nawiedzone cholerą, zupełnie nie dowierzali i zaleconego przez niego lekarstwa bali się jak ognia, zęby zacinali i nie chcieli brać do ust, rozpuszczając wieść między sobą, że doktor daje truciznę, żeby cholerę stłumić. Mówili, że kto wypił lekarstwo, to zaraz umarł, a kto się bronił od wypicia lub uciekł przed doktorem, to nieraz ozdrowiał163.
Wielkim utrapieniem były wszy. Owadu tego niepodobna było pozbyć się z głowy, choć nacierali nieraz włosy szarą maścią, posypywali proszkami aptecznymi „na wszy”,skrapiali okowitą i zwyczajnie dwa lub trzy razy do roku, na wielkie święta, zmywali głowę ługiem. Prócz tego prowadzili wojnę z tym owadem za pomocą iskania, bo zresztą grzebieniem ówczesnym o rzadkich zębach nie bardzo dało się go zagarnąć. Iskanie należało do kobiet, a nad jedną osobą przeciągało się nieraz do godziny, przy czym iskany składał głowę na podołku osoby iskającej i zazwyczaj zasypiał.
Do rozmnożenia wszów przyczyniło się to, że nie dbali o codzienne wyczesanie włosów i nosili kołtuny, jak również i to, że służba i dzieci nakrywały się na noc zazwyczaj tym, w czym za dnia chodziły. Toteż odzież wierzchnia, szczególnie kożuchy, były zawsze zawszone, na każdym włosie siedziała wsza. Takie kożuchy wynosili nieraz w zimie na silny mróz i wywieszali do góry włosami, aż wszy zdrętwiałe pospadały, a do reszty strzepywali je jeszcze kijem. Czasem też odzieżą zawszoną nakrywali konie, ażeby wszy przeniosły się na skórę końską. Sługom nie wolno było kłaść na łóżku kamiziel, sukman czy kożuchów, żeby w łóżku wszów nie zapuścić.
*