Ciało złożone w trumnie stało do trzeciego dnia w izbie, sieni lub drewutni. Jeżeli umarł bogatszy gospodarz lub gospodyni, to ciało trzymane było w izbie, a najęty dziad siedział przy zmarłym przez dzień i noc, świecąc lampkę lub świece. Z domu wynosili się zwyczajnie wszyscy domownicy do sąsiadów i tam pozostawali aż do dnia pogrzebu.
*
Na pogrzeb spraszały dzieci lub sługi albo sam gospodarz względnie gospodyni po całej wsi dom w dom, a nawet i z sąsiednich wsi krewnych, kumów i znajomych. Dzieci i w ogóle młodsi, prosząc na pogrzeb, chwytali nisko za nogi, kogo by zaś pominięto, to był tym obrażony i rzadko się wydarzyło, żeby na pogrzeb przyszedł.
Wyprowadzenie zwłok odbywało się zaraz z rana. Każdego, kto przyszedł, częstowali kieliszkiem wódki i mało kto wypicia odmówił, a kto lubił wódkę, to wypił więcej. Przed wyruszeniem pogrzebu jeden z gospodarzy, mający lepszy dar mowy, wypowiadał w krótkich i gorliwych słowach tak zwaną egzortę165, która słuchaczów wzruszała zwyczajnie do głośnego płaczu. Po pokropieniu trumny wodą święconą ruszał orszak żałobny do kościoła parafialnego, a po odprawieniu zamówionej ceremonii, jak mszy świętej, szedł stamtąd na cmentarz, na miejsce wiecznego spoczynku. Trumnę wieźli na wozie w gnojnicach, czyli „leterkach”, w zimie zaś na saniach.
Po pogrzebie najbliższy krewny zmarłego zatrzymywał się gdzieś na drodze i spraszał wszystkich uczestników do domu lub do karczmy na poczęsne, na tak zwaną konselację. Trwała ona czasem do wieczora i wiele na nią wydawali, zwłaszcza u mieszczan, było tam wiele płaczu, żalu, niemało perswazji i pocieszania, np. pozostałej wdowy lub wdowca, a że wódka każdą uroczystość musiała zbrukać, więc i na tej żałobie nieraz dobrze sobie podpili i nawet pobili się.
*
W stosunku do świata nadprzyrodzonego trzymali się chłopi z dawien dawna gromadnie przeróżnych zabobonów, wierzyli w różne duchy, strachy, czary, gusła i zabobony. Każdy prawie musiał przestrzegać starych przesądów i dawać im wiarę, inaczej mieliby go za człowieka złego i przewrotnego.
Koło dróg pełno było krzaków i cierni, więc jak ktoś pijany, idąc taką drogą, przewrócił się i podarł sobie ubranie, a także poranił ciało, to opowiadał, że diabeł tam siedzi, i on go tam wciągnął, a drudzy już to miejsce z daleka omijali i mieli za prawdę, że diabeł tam siedzi.
W Dzikowie było kilka miejsc, gdzie miały strachy przebywać, najwięcej miało straszać pod przysiółkiem Podłężem, gdzie po jednej stronie prowadzącej tam ścieżki znajdował się mały lasek, po drugiej łąki moczarowate; po obu stronach tej ścieżki nie brak było cierni, a w poprzek ciągnął się rów głęboki, przez który prowadziła wąska kładka.
Każdy w tym miejscu coś widział, każdego coś straszyło: jeden widział białe króliki, które były niby bardzo oswojone, a złapać się nie dały i uciekały tak, żeby goniącego je odciągnąć w pole; inny nic nie widział, ale pies, którego miał przy sobie, szczerzył zęby do czegoś i strasznie warczał; innego coś wodziło tak, że błądził po manowcach, nie mogąc trafić tam, gdzie iść zamierzał. Wszystko to działo się w nocy, na dniu zaś w południe straszyły południce.