Wspomniana kładka przez rów straszną była dla tych, co wracali z miasta w stanie nietrzeźwym, bo łatwo mogli na niej stracić równowagę i wpaść do rowu. Ale jeden z gospodarzy, który często szedł tamtędy pijany, znalazł na to sposób, bo nadszedłszy na kładkę, siadał na niej jak na konia i tak okrakiem ją przechodził. Inny jednak znalazł tam śmierć, bo wpadł do rowu pijany i nie mógł się z niego wydobyć, a że była właśnie zawieja śnieżna, więc śnieg go całkiem przysypał i znaleźli go zmarzniętego dopiero po kilku dniach w postaci stojącej z podniesioną do góry ręką, która nad śnieg wystawała.
Wierzyli dawniej, że są ludzie, mający dwa duchy, że po śmierci takich ludzi jeden duch idzie na tamten świat, a drugi po tym świecie chodzi; i skoro jeden puścił bajkę, że widział nieboszczyka, to już wszyscy dalej to opowiadali i nie daliby się nikomu przekonać, że to nieprawda. Niejedna wdowa z tego skorzystała, bo gdy została „przy nadziei”, to zegnała to na nieboszczyka, że do niej przychodził, i drudzy temu wierzyli, i jeden drugiemu to opowiadał.
O człowieku, któremu się dobrze powodziło, mówili, że „ma diabła”, tj. że z diabłem trzyma. Tak mówili o przemyślniejszych gospodarzach i rzemieślnikach.
Kobiecie po połogu, dopóki na wywód166 nie poszła, nie wolno było wychodzić za próg, a zwłaszcza brać wodę ze studni, bo — jak mówili — w takiej studni lęgną się zaraz robaki. I jeżeli w czyjejś studni były robaki (bo studnia była nieczyszczona), to mówili, że jakaś kobieta brała przed wywodem wodę, uważali to za wielka zemstę i grzech.
Jeżeli w drzewie użytym na dom były sęki smolne idące od rdzenia, co nazwali „świcą”, i drzewo takie przy zmianach w powietrzu wydawało trzask, czyli strzelało, mówili, że w domu takim nie szczęści się i śmierć ludzi zabiera. Gdy więc w domu jakimś nie było powodzenia, domownicy nie mieli zdrowia i często wymierali, przypisywali to wszystko owej „świcy” w drzewie, radzili szukać za nią, wyskrobać ją, wyrąbać, przebić gwoździem, bo inaczej w domu się nie odmieni. Dziś nic sobie z tego nie robią, owszem, drzewa takie uważają za dobre, bo jest smolne, a smolna część najdłużej wytrzymuje.
Jak kura piała, byli przekonani, że to wróży jakieś nieszczęście w domu. Żeby się od tego uchronić, mieli następujący sposób: łapali kurę, mierzyli nią przestrzeń od stołu do progu i ucinali łeb lub ogon według tego, co na progu wypadło. To w każdym razie wystarczało, ażeby pianie kury uczynić nieszkodliwym. Ale bywało nieraz, że gospodyni, pragnąc mieć jajka od kury, więc nie chcąc jej zabijać, tak mierzyła, żeby na progu wypadł ogon, gospodarz zaś, który zazwyczaj kur nie lubił, bo nawóz rozgrzebywały i szkodę w polu robiły, wolał, żeby na progu wypadł łeb, bo zresztą wtedy jedynie nadarzała się mu sposobność, że mógł mięsa (kurzyny) skosztować.
Nie wolno było „igrać z ogniem”, wywijać nim, a szczególniej pluć na ogień. Gdy chciało się nim bawić dziecko, to je surowo karcili, mówiąc: „Ogieniaszek nie twój braciszek”, to znaczy, nie jest tobie równy.
Gdy złodziej ukradł coś z domu lub z komory, szli zaraz do pierwszego lepszego wróżą lub wróżki i do kradzieży zawsze jeszcze dopłacali, bo ten wróżył i opisywał złodzieja, jak wygląda, i na tej podstawie było podejrzenie najczęściej na niewinnego, ale kradzież nigdy się w ten sposób nie wykryła.
Gdy kto popadł w nieszczęsny nałóg opilstwa, zganiano na „Ktosia”, że to „uczynił” z zemsty, i kurowano „uczynienie”, „poradzone”.
Dziewczyna, która nie mogła wyjść za mąż, szczególnie za tego, kogo sobie upatrzyła, tak samo udawała się ona albo jej matka do guślarki; ta wyłudzała zawsze za to dobrą zapłatę, a raiła najczęściej podać parobczakowi coś do wypicia lub zjedzenia albo po kryjomu włosów uciąć i u siebie przechowywać, ale wszystko to nic nie pomogło, bo parobczak gdzie indziej się ożenił, a gusła dziewczynie nieraz posłużyły na biedę, bo została matką bez męża.