W kompanii wszyscy nawzajem nazywali się „braćmi” i „siostrami”, a przewodnika zawsze mianowali „bratem” i później, gdziekolwiek się z nim zeszli.
Jeżeli w kompanii zaszło coś złego, np. ktoś zaginął wskutek zabójstwa, uważali to za ciężki grzech i — jak wtedy mówili — cała kompania szła w rozsypkę i na tułaczkę przez rok i sześć niedziel. Nie wolno było nikomu z takiej kompanii wracać wcześniej do domu, nawet matce do małych dzieci. Taką pokutę naznaczał ksiądz albo nawet sami dobrowolnie szli na tułaczkę. Pamiętam też, jak jeszcze za życia babki zgłaszali się do nas na nocleg tacy, co opowiadali, że są już na tułaczce już tyle a tyle czasu z powodu jakiegoś wypadku w kompanii odpustowej.
Przodem przed kompanią szło kilku mężczyzn i z tyłu też: ci pilnowali, żeby uczestnicy nie wybiegali naprzód i nie zostawali za kompanią, żeby nie było wypadku, żeby kto w drodze nie zaginął.
Przewodnik zawodził śpiewy nabożne, więc musiał mieć dobry głos. Dobierał do siebie najlepsze śpiewaczki i śpiewaków. Śpiew był przez całą drogę i czynił drogę lekką, jedną strofę śpiewali mężczyźni, drugą kobiety. Pieśni było dużo, były osobne książki z pieśniami — „kantyczki”. Rano, wychodząc, śpiewali Kiedy ranne wstają zorze, wieczór Wszystkie nasze dzienne sprawy, w drodze: Bądź pozdrowiona Panienko Mario, Idźmy, tulmy się jak dziatki do serca Marii Matki, Kto się w opiekę, Boże w dobroci nigdy nie przebrany, Do Ciebie Panie pokornie wołamy i wiele innych. W ciągu całej drogi i na noclegach nie było przerwy w śpiewie, a coraz były inne. Śpiewali też różaniec.
Kompania szła wolno za traktem, przestrzegali porządku w śpiewie, więc śpiew był ładny i cały pochód był piękny i wdzięczny. Ze wsi wychodzili ludzie, żeby się temu przyjrzeć, przysłuchać pieśniom i spragnionym chętnie podawali wodę i mleko.
Szło się tak od nas do Leżajska dwa dni, pierwszy nocleg wypadał w Łętowni, gdzie nocowało się u gospodarzy po stodołach. Żywność każdy miał z sobą, do karczem wstęp był wzbroniony, w dni postne przestrzegali najściślej postu.
Niedaleko Leżajska pod kaplicą przewodnik miał przemowę do kompanii. Przemawiał z pagórka, kompania otaczała go, słuchali go jak księdza i odmawiali pacierze na intencje naznaczone przez niego.
Pod samym Leżajskiem, w odległości może jednego kilometra, kompania zawsze się zatrzymywała, przewodnik zbierał składkę po kilka centów i zanosił ją do klasztoru, wychodził za to ksiądz, kropił zgromadzonych święconą wodą, miał przemowę i prowadził kompanię uroczyście do kościoła.
Gromadziły się wtedy w Leżajsku na odpustach ogromne rzesze narodu z Galicji i Królestwa Polskiego. Pątnicy brali udział w nabożeństwach, słuchali kazań, które odbywały się pod gołym niebem, i przystępowali do spowiedzi i komunii świętej. Dawali też ofiary na msze święte, a szczególnie drobne ofiary do skarbonek kościelnych i jałmużnę dziadom. Toteż wielka skarbonka przed świętym Franciszkiem objętości może pół korca bywała całkiem wypełniona drobną monetą, dużo pieniędzy leżało na wierzchu.
Nocleg w Leżajsku był utrudniony. Wielka liczba pątników przepędzała noc w zbitej masie na korytarzach klasztornych, inni nocowali po domach mieszczańskich, na strychach, gdzie nawet słomy nie było i płacili za nocleg od pięciu do dziesięciu centów.