Przed domem wójta na znak, gdzie mieszka, wystawiona była na wysokim drągu obręcz o średnicy mniej więcej pół metra, owinięta słomianym powrósłem i podzielona w środku na krzyż kijami, czyli krzyżakiem, również okręconym słomą. Później po roku 1867 zamiast tego znaku były nakazane tablice, ustawiane nie tylko przed domem wójta, ale i na granicach gminy, co się dziś widzi.
Było też zwyczajem, że wójt chodził zawsze z laską grubą, zgrabnie obrobioną, lub też ze zwyczajną pałą — według tego jak dbał o to. Była ona niejako jego godłem i po niej nawet poznawali go obcy, mówiąc: „Musi to być wójt, bo ma laskę grubą i ładną”. Z laską taką szedł do urzędu, na komisje, bił nią przy szarwarku, braniu zastawu, czyli „fantowaniu”, wystawających na drodze, a przy oddawaniu urzędu wręczał ją zwyczajnie z przyjaźni następcy, co jednak nie było obowiązkiem, tylko zwyczajem, bo laska nie była gromadzka, tylko własnością wójta.
Ale najważniejszą dla wójta była wówczas pieczęć, którą też chował starannie w domu, żeby jej kto nie ukradł i gminie nie szkodził. Mało się nią posługiwał, podczas gdy teraz musi być ciągle w użyciu, przybijając ją tylko kiedy niekiedy na testamentach, zapisach, na aktach urzędowych w urzędach lub na komisjach. I na takich aktach bał się ją zawsze przybijać i pomacać za pióro, gdy go podpisywali, choćby rzecz była na korzyść gminy, lękając się, „żeby go w czym nie poderwali”. Gromada zaś miała takiego wójta za mądrego i rzetelnego, co pieczęci gdzieś nie dał i nie zgodził się na podpis, bo sądzili, że gdy na coś czasem dał pieczęć i pomacał za pióro a chybił, to mógłby całą gminę zaprzedać.
*
Wójt miał wtedy dość znaczną władzę, większą niż obecnie, bo załatwiał wiele z tych spraw, które dziś należą do sądu i starostwa.
W gminie bali się go i słuchali więcej niż obecnie, bo był na miejscu i każdego mógł łatwo dosięgnąć, a przy tym był zawsze przy pale. Jeżeli był dobry, rozsądny, nie pijak, to było lepiej niż teraz, bo mógł niejedną sprawę przeprowadzić, nawet gruntową, w krótkiej drodze, bez żadnych kosztów, nie było więc tyle procesów, sądów, adwokatów. Teraz bagatelna sprawa wlecze się w sądach latami, jedna władza przysądza, druga obala, strony ciągną się na adwokatów, dokąd tylko mogą, a jak się już wyniszczą, to się najczęściej pogodzą tak, jak pierwej przy wójcie bez kosztów.
Wójt w Dzikowie miał do pomocy dwóch „posłusznych”, których sam sobie dobierał i którzy wykonywali jego polecenia. Za te czynności nie brali prawie żadnej pensji, kontentując się tym, co wypili od wójta — najwięcej przy wykupnie zastawów, czyli „fantów”, albo co im kto dał na wódkę od przydybanego w szkodzie bydła. Toteż na posłusznych wpraszali się najczęściej tacy, co wódkę lubili.
Pamiętam, jak raz w gminie wykonana była kara na mężczyźnie i kobiecie, obwinionych o rozpustę i przydybanych na gorącym uczynku, przy czym oboje dopuszczali się wiarołomstwa, bo on był już żonaty i ona też zamężna.
Wójt kazał sprowadzić oboje obwinionych, winę potwierdzili świadkowie, osąd był taki, żeby oboje otrzymali karę cielesną publicznie w kilku miejscach, na każdej ulicy we wsi.
Wykonanie kary odbyło się zaraz. Ona niosła ławkę w jednym końcu, a on w drugim; jeden z posłusznych szedł przodem i bębnił na cebrzyczku, żeby się ludzie schodzili na większą hańbę dla obwinionych. W każdym miejscu musieli się obwinieni sami na ławie położyć, a posłuszni wymierzali karę po kilka kijów, ile wójt przeznaczył, i bili mocno, do krwi. Po odebraniu kary za każdym razem musieli obwinieni wszystkich obecnych, zaczynając od wójta, przeprosić, chwytając nisko za nogi. W końcu wójt kazał zabrać obwinionym fanty; napili na nie ci, którzy brali udział w wykonaniu wyroku, czyli egzekucji, i zastawili do wykupienia.