Wójtem był wtedy Jan Ordyk, a wykonywał tę karę z przysiężnymi (z których jednym był mój ojciec), z dobraniem deputowanych.

Prawie wszyscy mieszkańcy pochwalili ten osąd, mówiąc, że gdyby wójt kiepsko za takie przestępstwo karał, toby Pan Bóg spuścił karę na całą gminę, i ludzie lubili, jak wójt był ostry i w krótkiej drodze doraźnie karał, i porządek trzymał.

Po innych gminach powszechne było zakuwanie winowajców w dyby, a odbywało się to w karczmach. Przestępca, mając nogi w dybach, siedział tak na ławie w karczmie przez parę godzin albo i dłużej i jeżeli było go na czym patrzeć, to były mu brane fanty i wójt z pomocnikami od razu na nie pili, a potem wójt winowajcy krótko oświadczał, ile ma w karczmie zapłacić, i dopiero gdy to uskutecznił, Żyd mu fant wydał, a w przeciwnym razie winowajca fant tracił.

Ile razy jechało się gdzieś dalej i wstąpiło na popas do karczmy, zawsze prawie widziało się podobne egzekucje, tj. winowajcę skutego, siedzącego przy ścianie, i starszyznę gromadzką, przypijającą na koszt jego. W Dzikowie takich egzekucji nie było, bo karczmy we wsi nie było, jak i dotąd nie ma.

Fantowanie wyżej wzmiankowane, odbywało się za różne przewinienia, a w szczególności także za nieposłuch wójtowi, za szkody polne, nie odrobienie powinności albo niezapłacenie należytości gminnych itp., a na fanty brane były pługi, brony, koła od wozu, rzezaki od skrzynki do rznięcia sieczki, siekiery i inne narzędzia gospodarskie, uprząż z koni, poduszki, ubranie. Często zabierali to, co było gospodarzowi najpotrzebniejsze, ażeby go tym zmusić do jak najrychlejszego wykupienia fantu.

W Dzikowie fanty były składane najczęściej u wójta, a pieniądze, uzyskane z wykupienia ich, szły albo na rzecz gminy, jeżeli chodziło o należytości gminne, albo na napitek dla wójta i jego pomocników, jeżeli były ściągnięte z powodu jakiegoś przewinienia; w innych zaś gminach fanty takie były zanoszone wprost do karczmy i składane u Żyda.

Jak był kto silny, to oparł się wójtowi i pomocnikom i ukarać się nie dał. Był np. w Dzikowie komornik jeden awanturniczego usposobienia, a zresztą niezły chłop, który nie chciał płacić należytości gminnych i fantować się nie dał. Raz sam byłem naocznym świadkiem, jak wójt z dwoma pomocnikami przyszedł do niego na egzekucję, a gdy nic sobie zabrać nie dał, ściągnął mu ukradkiem ze ściany nową baranią czapkę i z tym fantem wyszli. Ale komornik ów zaraz to zauważył, wybiegł z izby i zaczął z wójtem bitkę, a że był mocniejszy, więc mu fant odebrał. Wójt odpowiadał, że go do sądu zaskarży, ale na drugi dzień oba przypili i skargi wcale nie było.

Miałem i ja ze wspomnianym komornikiem kłopot, gdy wójtem zostałem. Gdy raz dałem posłusznym polecenie, ażeby zbierali należytości kwartalne na nauczyciela, on nic nie chciał złożyć i przy tym lżył posłusznych, wójta i radę. Nie było innego wyjścia, trzeba go było podać do sądu. Dostał za to trzy dni aresztu, przy czym sędzia ostro go złajał, tłumacząc mu, że się dopuszcza zbrodni, i gdyby się to powtórzyło, to go ostrzej ukarze.

Niedługo po odsiedzeniu tej kary ujrzał mnie on na drodze i woła z tyłu: „Wójcie, wójcie, zaczekajcie ino!” Sądziłem, że myśli o zaczepce z powodu tego aresztu, a on do mnie w te słowa: „Przepraszam was za obrazę, przepraszam, niech Pan Bóg da wam zdrowie za to, żeście mnie z krótszej drogi zwrócili, bo że was słowami tylko obraziłem, siedziałem za to trzy dni, więc jaką bym to karę dostał, gdybym się kiedyś na was tak porwał i tak was bił, jak tamtego wójta! Bóg zapłać, żeście mnie rozumu nauczyli”.

I odtąd wszelkie należytości do gminy najporządniej składał i poleceń gminnych słuchał, i nie było już z nim żadnego kłopotu.