Z dawniejszych czasów zachowało się jeszcze za mojej pamięci to, że kto był wzięty do wojska, to go zaraz żołnierz ostrzygł, bo każdy, młody, czy stary, nosił długie włosy. To też, gdy ktoś był odebrany, mówili o nim, że go „ostrzygli”, a rekrut jak wrócił do domu, to przede wszystkim patrzali mu na głowę, czy ma ostrzyżoną, i matka nie tyle płakała o syna, jak o te włosy ostrzyżone: „O, moje włosy złociutkie — mówiła z płaczem — tylem się ich naczesała, napielęgnowała i mi je zabrali”.
*
Przez długi czas rekruci szli do wojska bardzo niechętnie i służby wojskowej bali się jak ognia, bo ci, co z wojska wracali, nie chwalili jej i opowiadali o różnych karach, jakie dawniej w wojsku stosowane były.
Najcięższa z tych kar była tzw. „ulica”, mianowicie byli ustawiani żołnierze w dwie strony, a przeznaczony na karę musiał iść między nimi, jakby ulicą, tam i nazad nago tyle razy, jak mu przeznaczono, a każdy żołnierz sieknął go raz prętem tak, że — jak opowiadali — ze skazanego krew się lała i ciało strzępami odpadało. Jednakże ówcześni ludzie potrafili znieść i taką karę, bo znałem jednego z Dzikowa, który, jak sam mówił i świadkowie to potwierdzali, przechodził w wojsku taką straszną ulicę za to, że dezerterował, a przecież, gdy powrócił z wojska, nie było znać na nim tej kary, był silny, czerwony i kpił sobie, że mu tylko złą krew wypuścili, a zdrowa przyszła. A gdy raz za awantury w mieście został skazany na areszt i dwadzieścia pięć kijów, to śmiał się z tego wszystkiego, mówiąc, że mu tylko na tyłku postawili pijawki, żeby zepsutą krew ściągnęły.
Jak kogo wzięli do wojska, to go trzymali w obcych krajach: w Czechach, na Węgrzech lub w krajach włoskich, należących dawniej do Austrii. Częste też były wojny, w których krew dla obcej sprawy trza było przelewać.
Żołnierz wracał do domu w ubraniu, czyli w mundurze, który nosił w wojsku, i ubierał się weń w niedziele i święta tak długo, aż go zdarł do ostatka. Po wysłużeniu w wojsku mówił źle po polsku, a niektórzy udawali, że nie umieją nic po polsku, i bałwanili coś z niemiecka, z czeska, słowem, językami wszystkich ludów austriackich, a tylko nie mówili swoim własnym językiem, w którym się pacierza uczyli i który powinni byli szanować i znać najlepiej175.
Opowiadali na przykład, jak jeden żołnierz, powróciwszy z wojska, szwargotał tak, że go matka zrozumieć nie mogła. Na ciepły piec mówił: „czapli piec”, co matka tak rozumiała, że syn chce, aby mu czaplę upiekła, i tłumaczyła się, że nie ma czapli, to mu kurę upiecze. Syn się gniewał, że go matka nie rozumie, i szwargotał coraz gorzej, a matka płakała, że nie może się z synem porozumieć i czymś go ucieszyć. Dopiero sąsiadka doradziła jej, żeby synowi nie podsuwała jedzenia, to on w końcu pokaże albo sam sobie weźmie, co mu będzie do smaku. Matka tak zrobiła, syn nie jadł dzień jeden, drugi, ale skoro widział, że mu matka nic nie podaje, przemówił po polsku i już odtąd tym językiem mówił, bo nawet innego nie znał.
Trafiało się to do ostatka za czasów austriackich, że żołnierz, jak wrócił do domu, gdzie mógł, wtrącał w mowie przekręcone niemieckie słowa i dość było głupoty między ludźmi, że nie rozumieli, iż dobrze jest znać inny język, ale należy nim mówić tam, gdzie potrzeba, a Polak z Polakiem i u siebie w domu powinien mówić swoim rodowitym językiem i czysto po polsku.
Wychowanie w wojsku zmierzało do tego, ażeby u żołnierza zniszczyć świadomość narodową, ogłupić go pod tym względem. W końcu więc niejeden nucił z zapałem wojskową śpiewkę: „My sobie Poloki, dobre Austrioki!!”.
*