Gdy na drugi okres byłem ponownie wybrany, nie chciałem przyjąć wyboru, ponieważ obowiązki wójtowskie wymagały dość czasu i miałem wskutek tego upadek w gospodarstwie, a Rada gminna przeciwną była uchwaleniu jakiegokolwiek wynagrodzenia dla wójta i niektórzy mówili, „że by to wstydem było dla gminy aż za pieniądze szukać wójta”. Więc byłem w tej sprawie wzywany do starostwa i gdy się tam wytłumaczyłem, dlaczego wyboru przyjąć nie mogę, starosta ówczesny, Stanisław Jakubowicz, osobiście przybył na posiedzenie rady gminnej i przemawiał za tym, żeby Rada płacę wójtowską uchwaliła. I dopiero wtedy została uchwalona pensja 30 złr na rok, jak ja wtedy żądałem, i taka pozostała aż do roku 1900.

*

Stosunek między wsią i dworem był w Dzikowie dobry. Ostatnim właścicielem Dzikowa za pańszczyzny był hr. Jan Bogdan Tarnowski, zmarły w roku 1850 w Królestwie Polskim. Mówiono o nim powszechnie, że był to pan dobry, nie pozwolił swoim poddanym najmniejszej krzywdy zrobić, przyjaźnie ich traktował, pierwszy często pozdrawiał.

I musiał być dla ludzi dobrym, bo wieść o jego śmierci wywołała wielki smutek, a gdy przyszła wiadomość, że zwłoki jego będą sprowadzone do Dzikowa przez Sandomierz, zgromadziły się w oznaczonym dniu na drodze z Dzikowa do Sandomierza tysiączne rzesze ludu włościańskiego ze wszystkich wsi, które do jego państwa należały. Pamiętam, jakie było wzruszenie, gdy zapowiedziano, że zwłoki już prowadzą, że są już w Sandomierzu, bo słychać, jak biją dzwony tamtejsze (i było je słychać, bo dzień był pogodny, cichy). Lud przejęty żalem nie czekał na miejscu, ale szedł naprzeciw ku Sandomierzowi, a jaka ogarnęła ludzi żałość, gdy ujrzeli trumnę, kryjącą zwłoki, wyrazić się to nie da. Opisuję to jako naoczny świadek, bo byłem tam razem z babką.

Żal był tym większy, że pomiędzy ludem włościańskim utrzymywała się pogłoska, że hrabia nie umarł zwykłą śmiercią, ale został z rozkazu rządu rosyjskiego rozstrzelany za jakąś polityczną działalność. Mówili, że otrzymał wezwanie od tegoż rządu, iż ma się stawić w oznaczonym dniu do usprawiedliwienia się pod zagrożeniem utraty dóbr, jakie posiadał pod panowaniem rosyjskim. Gdy się zaś tam zgłosił — mówiono — że już więcej żywy nie wrócił. W rzeczywistości — jak w późniejszych czasach mogłem sprawdzić — hrabia umarł nagle w drodze powrotnej z majątku swojej żony.

Żoną jego była Gabriela z Małachowskich. Tę dobroduszną panią dobrze zaznałem, gdyż jak umarła, miałem dwadzieścia lat. Zatem jej dobroć mogę sam stwierdzić. Odwiedzała chorych, szczególnie najbiedniejszych, dawała im wsparcie, chowała swoim kosztem umarłych. Ratowała każdego w najgorszej potrzebie, nikogo nie opuściła, toteż garnęli się do niej biedni jak pszczoły do ula. Założyła szkółkę dla dzieci chłopskich w Dzikowie.

Oboje mieli to sobie za zaszczyt i radość, gdy ich rodzina włościańska, nawet najbiedniejsza, poprosiła za chrzestnych ojców, szczególnie pierwszego dziecka w rodzinie. Toteż nie brakło im chrzestników po wsiach, a następnie dorosły chłopak czy dziewczyna chlubili się tym, że hrabstwo Tarnowskich mieli za chrzestnych rodziców.

W ogóle chłopi okazywali przywiązanie do dworu tutejszego, w roku 1846 w czasie rabacji gotowali się stanąć w obronie zamku i z tych to czasów pewnie pochodziła śpiewka ludowa.

Ni ma ci to ni ma, jak to w tym Dzikowie,

Są tam polskie panie i polscy panowie.