Językiem urzędowym był niemiecki, przy czym urzędnicy do polskich ludzi starali się mówić po polsku (ale niejeden nie umiał się dobrze po polsku rozmówić), protokoły jednak i pisma z urzędu były w języku niemieckim. Toteż często bywało, że ludzie nie chcieli podpisywać protokołów czy innych kawałków pisanych po niemiecku, bo się bali, że może napisane co innego, nie to, co sobie życzyli, i w ogóle narzekali na to urzędowanie niemieckie i nie dowierzali mu.

Był wtedy w Dzikowie gospodarz Michał Kaput znający skądś język niemiecki, więc gdy raz we wsi była komisja w sprawach serwitutowych, starszyzna gminna przyzwała go, żeby się przysłuchiwał, co urzędnicy do siebie po niemiecku będą mówili, czy nie będą się naradzali na jaką szkodę gminy. A gdy chłopi nie mogli się z komisją dogadać, wysunęli Kaputa, żeby się po niemiecku rozmówił, co też nastąpiło. Zdziwili się niemało wówczas urzędnicy, że jest chłop znający po niemiecku, a jeszcze większy był dla Kaputa podziw w całej gminie; mówili, „że się ciął z urzędnikami, co ony do niego przepowiedziały, to on do nich” i wszyscy się go wypytywali, o czym wtedy mówił.

*

Urządzenia powyższe dotrwały do roku 1867, a w tym roku nastały te, które istniały do upadku państwa austriackiego, mianowicie: weszła w życie nowa, obecnie jeszcze obowiązująca ustawa gminna i rady powiatowe176, nastąpiło oddzielenie sądownictwa od administracji, czyli nastały sądy i starostwa, ustaliła się ostatecznie konstytucja w całym państwie austriackim177, a wreszcie niedługo potem językiem urzędowym w Galicji stał się język polski178. W owym więc czasie nastąpił przełom w stosunkach wewnętrznych Galicji i zaczął się nowy okres w jej życiu179.

*

W gminie po roku 1867 przestała zbierać się cała gromada, a na podstawie nowej ustawy nastały rady gminne, wybierane z początku na trzy lata, później zaś, jak i obecnie, na sześć.

Tak przy pierwszych, jak i przy późniejszych wyborach gminnych nikt nie ubiegał się o to, żeby go wybrali na radnego, a ten, co szedł na wybór, do ostatniej chwili nie wiedział, na kogo da głos i przy głosowaniu wymieniał tych, na których drudzy przed nim głosowali albo którzy mu wleźli na oczy. Dużo też było takich, co zupełnie nie przychodzili na wybór, bo nie chcieli być nigdzie wybranymi, a jeżeli byli wybrani, to się okupywali poczęsnym, ażeby ich zwolnić od tego obowiązku.

Z początku po nastaniu rad gminnych wójtem w Dzikowie był Wojciech Mróz, gospodarz niepiśmienny, jak wszyscy poprzedni wójtowie. Za niego dopiero nastał pierwszy pisarz gminny w Dzikowie, a był nim Jan Kuraś z Wielowsi180, a potem Tarczyński, który był zarazem pisarzem, czyli sekretarzem w gminie tarnobrzeskiej. Mróz, jak dostał jakie pismo, przychodził też radzić się do mnie; ja przeczytałem i dawałem wyjaśnienie, więc już wtedy zapoznałem się dosyć ze sprawami gminnymi, a następnie w roku 1873 zostałem na wójta obrany. Mróz, zdając mi urzędowanie, wręczył mi pieczęć gminną i skrzynkę drewnianą, w której było kilka papierów, tj. arkusz majątku gminnego i parę poleceń z rządu, niemających już wartości, i na tym koniec.

Odtąd pieczęć wójtowska długo miała pozostawać w moich rękach, byłem bowiem wójtem z przerwami do roku 1918. Natomiast w radzie gminnej zasiadam bez przerwy od czasu ich nastania do dnia dzisiejszego.

Tak Kuraś, jak i Tarczyński, który był pisarzem w Dzikowie i za mojego wójtostwa, brali za pisarkę tylko piętnaście reńskich rocznie. Ja zaś jako wójt przez pierwszy okres, trwający wtedy trzy lata, nie pobierałem żadnej płacy, podobnie jak wszyscy przede mną wójtowie.