Tinz miał do pomocy dwóch policjantów, wysłużonych wojskowych, którzy nawet nie byli umundurowani, bo jeden z nich, chłop, nazwiskiem Pacyna, chodził w kamizieli, a drugi Żyd, Haskiel, chodził w chałacie. Wystarczyło, że mieli czapki z orzełkiem cesarskim.

Sprawy załatwiał w krótkiej drodze: na wniesioną skargę posyłał policjanta, ażeby oskarżonego sprowadził do kancelarii, i — w sprawach cywilnych — jeżeli druga strona miała słuszność, kazał ją zaraz zaspokoić, to czy owo oddać, i proces był skończony.

Był np. zwyczaj, że chłopi z Dzikowa brali w Tarnobrzegu w głównym składzie wódkę na kredyt, a działo się to szczególnie w czasie żniw i zabaw, a także często na miejscu w mieście „na borg” pili. Otóż co pewien czas, jak już tam każdy był coś winien, Żyd przynosił wykaz dłużników mandatariuszowi, a ten, nie przeprowadzając rozprawy, posyłał na wieś policjanta Haskla, który szedł od domu do domu i w te słowa każdemu ogłaszał wyrok: „Cesarsko-królewski sędzia daje nakaz, żeby do trzech dni borg za wódkę był zapłacony, bo jak nie, to będzie fantowanie”. Przy tym — choć czytać nie umiał — potrząsał w rękach ze złością papierem, bo chłopi się wtenczas każdego papieru bali, zwłaszcza jak była na nim pieczątka. Po tych odwiedzinach Hasklowych każdy, bojąc się fantowania, jak mógł starał się należność w terminie uiścić, bo choć wszyscy pili, przecież wstydzili się tego, jak kto był za wódkę fantowany, zwłaszcza wstydziły się kobiety, gdy brano im za fanty poduszki.

W sprawach karnych, jeżeli chodziło o mniejszą winę, oskarżony bez wszelkiego protokołu dostawał kilka kijów na ławie i na tym koniec. Ale trudniejsza była sprawa, gdy obwiniony przeczuwał, że go czeka większa kara; wtenczas już tak łatwo na wezwanie nie szedł, ale uciekał i krył się, gdzie mógł. Jeżeli go zaś policjanci ujęli, a był mocny, to obu nabił i dalej się ukrywał. Za takim była nieraz robiona nagonka, zwłaszcza gdy chodziło o większego winowajcę. Nieraz do pomocy policjantom (ponieważ żandarmów w Tarnobrzegu jeszcze nie było) byli przyzywani strażnicy pograniczni (finanswachy), pełniący służbę nad Wisłą od Królestwa Polskiego. Zdarzało się jednak, że jak się obwiniony dobrze ukrywał, to go nigdy nie mogli złapać, i w końcu cała sprawa ucichała.

Najwięcej do czynienia było wówczas ze złodziejami, których po wsiach nie brakowało. W samym Dzikowie byli tylko szkodnicy polni, co wypasali końmi zboże, wykopywali ziemniaki itp., ale po innych wsiach, zwłaszcza położonych w lasach, kradli konie i bydło ze stajni i pastwiska, podkopywali się do komór i brali zboże, słoninę, odzież, korale, po drogach i lasach grasowały całe bandy złodziejów i rabusiów i złodziejstwo rzadko się wykryło. Dopiero jak nastali żandarmi, kradzieże i rabunki zaczęły powoli ustawać i dziś po wsiach bardzo rzadko się trafiają.

Grubsze sprawy cywilne, np. gruntowe, przeprowadzał nie mandatariusz, ale sędzia (justicjariusz), który urzędował w Nisku, a nazywał się Jan Alss, ale chłopi do niego mniej spraw miewali.

*

Byłem już sporym chłopakiem, jak skończyło się urzędowanie mandatariuszów, a w Tarnobrzegu nastał urząd powiatowy, obejmujący dzisiejszy powiat sądowy tarnobrzeski. I ten urząd sprawował te czynności, które obecnie spełnia starostwo i sąd, to znaczy miał władzę administracyjną i sądowniczą, a było wszystkiego trzech głównych urzędników, mianowicie: Bissachini (Niemiec) był starostą, a dwóch innych: Mokrego (Czecha) i Święcickiego tytułowali sędziami lub komisarzami. I Tinz, były mandatariusz, był przydzielony do tego urzędu powiatowego i prowadził dział wojskowy aż do samej emerytury.

Urzędowali oni tu, gdzie obecnie mieści się starostwo, tj. w klasztorze oo. Dominikanów.

Nad tymi urzędami pozostały z dawna urzędy obwodowe, czyli cyrkuły, a powiat tarnobrzeski należał do cyrkułu rzeszowskiego. Nie słyszałem jednak, żeby chłopi ze sprawami tam się udawali, ja sam byłem w Rzeszowie dopiero wtedy, jak zostałem sędzią przysięgłym.