W Dzikowie co do pastwiska gmina zawarła z dworem w roku 1867 ugodę, na podstawie której otrzymała na nieograniczoną własność siedemdziesiąt dziewięć morgów pastwiska zamiast stu czterech morgów serwitutowych.

Ugoda była dla gminy stosunkowo korzystna. Inne gminy, które nie chciały się dobrowolnie pogodzić i ustąpić z obszarów serwitutowych, wychodziły na tym gorzej. W takich razach bowiem wyrok wydawała komisja rządowa, a chłopów w razie oporu usuwało przemocą z pastwiska wojsko, jak było np. w Cyganach, przy czym nie obeszło się bez bicia i różnego poniewierania ludźmi.

Sprawa serwitutu lasowego — jak już pisałem — została załatwiona wyrokiem, na podstawie którego gmina za prawo poboru drzewa opałowego i budowlanego otrzymała na własność dwadzieścia trzy morgi lasu w Dęby.

Gmina czuła się tym wyrokiem pokrzywdzona i nie chciała przyjąć takiego równoważnika, czyli ekwiwalentu za prawo do poboru drzewa opałowego i budowlanego z lasów dworskich, a wójt Wojciech Mróz i pełnomocnik Wincenty Stala uciekli z lasu przy rozgraniczaniu i oddawaniu im tego skrawka lasu. W końcu jednak gmina objęła w posiadanie wyznaczone dwadzieścia trzy morgi lasu, skoro okazało się, że w razie nieprzyjęcia go straci jeszcze więcej, bo prawa serwitutowe zostaną spłacone pieniędzmi w kwocie 726 złr.

Sprawy powyższe przeprowadzała rządowa komisja w Nisku. Ze strony dworu występował właściciel hr. Jan Tarnowski osobiście, ze strony gminy wymienieni pełnomocnicy włościan. Ugodę-wyrok zatwierdziło Namiestnictwo we Lwowie.

*

Co do władzy stojącej ponad gminami to jeszcze po ustaniu pańszczyzny na całą okolicę, tj. w państwie hr. Tarnowskich, był jeden tylko urzędnik zwany mandatariuszem, a załatwiał wszelkie takie sprawy, które dziś należą do sądu i do starostwa. Nazywał się Andrzej Tinz, ludzie tytułowali go pospolicie sędzią. Mieszkał on i całe urzędowanie prowadził w budynku dworskim.

Co do sądownictwa, przeprowadzał sprawy cywilne i karne, jakie się nadarzyły. Jak zasądził, tak zawsze pozostało, nie słychać było, żeby jego osąd był zmieniony, bo przede wszystkim nie miał kto pisać rekursów, w okolicy bowiem nie było ani jednego adwokata i trudno było znaleźć kogo nawet do napisania listu. Więc ten Tinz przeprowadzał nie tylko takie sprawy, które obecnie przydzielone są starostwu i sądowi powiatowemu, ale, można powiedzieć, znaczył i tyle, co teraz sąd obwodowy i wyższy sąd krajowy, bo od wyroku jego nikt nie rekurował i chłopi bali się go więcej, niż teraz najwyższych dygnitarzy.

Jeżeli ktoś czuł się pokrzywdzonym przez władzę miejscową, to tak wtedy, jak i później jeszcze, nie odpowiadał rekursem do władzy wyższej, ale mówił, że „pójdzie do cesarza, to tam sprawiedliwość znajdzie”. Wierzyli, że nikt takiej sprawiedliwości nie wymierzy jak sam cesarz, i mówili, że „wszędzie zresztą jest tylko przekupstwo”.

W Dzikowie był wysłużony żołnierz austriacki, Józef Krzyżek, który, prowadząc długi proces o ojcowiznę, wybrał się do Wiednia po sprawiedliwość i nie było go w domu przez parę miesięcy. Gdy powrócił, opowiadał, że był u cesarza, i ten go upewnił, że sprawa będzie pomyślnie rozstrzygniętą. — „Idźcie — rzekł — do domu spokojnie, a ono tam za wami przyjdzie” i dał mu 25 złr na drogę. Naturalnie były to tylko przechwałki, bo grunt pozostał w rękach tego, komu go na miejscu przysądzono.