Słyszeliśmy już, co myśli Nietzsche o pospólstwie: ma dla niego tylko pogardliwe nazwanie: ci, których o wiele za wiele; jest to jedno z najbardziej znanych haseł jego. Pospólstwo jest dla niego tylko amunicją w walce o byt, skazaną na wystrzelanie; jest tylko tłem, na którym wznoszą się nieliczni lepsi. Lepszymi zaś są silniejsi, którzy zatem odgrywają słusznie rolę panujących i gnębią słabych. Ta tendencja arystokratyczna Nietzschego łączy się z jego wiarą w doskonalącą moc walki o byt. Życie jest wojną wszystkich istot żyjących ze wszystkimi; a w tym bellum omnium contra omnes34 zwycięża silniejszy, potęgując jeszcze tym zwycięstwem zalety swej siły. W tym znaczeniu sama przyroda jest urządzeniem arystokratycznym. Poglądy te przenosi Nietzsche na rozwój i stosunki kulturalne: prawo silniejszego przedstawia mu się i tutaj jako coś naturalnego.

Z tym naciskiem, który kładzie Nietzsche na zasadę arystokratyczną, to jest na prawo silniejszego, wiąże się u niego jeszcze inny rys, nie tak ważny jak tamte, ale przecież nie mniej znamienny. Do prawa silniejszego należy też prawo mężczyzny wobec kobiety; mężczyzna bowiem jest stroną silniejszą. Dlatego też Nietzsche jest energicznym przeciwnikiem wszelkiej tzw. emancypacji kobiet. Jeżeli można te dążności emancypacyjne kobiet nazwać feminizmem, to Nietzsche jest najskrajniejszym antyfeministą, którego można sobie wyobrazić, i to jest czwarty rys charakterystyczny w jego wizerunku. Kobieta jest z przyrodzenia słabszą: zatem przeznaczeniem jej służyć. Nietzsche posuwa się nawet tak daleko, że zachwala azjatyckie niewolnictwo kobiet. Osławiony jest aforyzm jego: „Idziesz do kobiet? Nie zapomnij bata”. Jest to tylko następstwo jego ogólnej zasady, że przyroda przeznaczyła silniejszemu panowanie; w kobiecie widzi słabość i wszystkie ujemne strony słabości. W rozszerzającej się „emancypacji kobiet” — uwolnieniu kobiety z jej naturalnej zależności od mężczyzny — upatruje Nietzsche tylko objaw panującej obecnie dekadencji.

Nie trzeba jednak sądzić, że Nietzsche występuje przeciw kobietom w sposób powszechnie przyjęty, tak jak to czynią przeciwnicy emancypacji kobiet: przedstawiając i zachwalając rozum mężczyzny jako wyżej rozwinięty od kobiecego. Tak zwykłymi argumentami Nietzsche nie wojuje, tym mniej, że w ogóle nie bardzo wysoko stawia rozum. On przeciwnie rozum obniża wobec woli; w kulturze rozumu dopatruje się niebezpieczeństwa dla woli instynktowej; jednym słowem, jest antyintelektualistą, i to jest piąty rys główny jego istoty. W przecenianiu rozumu i w niedocenianiu woli widzi jedno z głównych źródeł panującej według niego dekadencji. Gdzie przeważa rozum, tam myśl bezkrwista rzuca blady cień na przyrodzoną siłę postanowienia; płomień zbyt jasny osłabia pierwotne ciepło i żar instynktów. Ta tendencja antyintelektualistyczna Nietzschego dochodzi niekiedy aż do antylogicznej pogardy nauki, aż do mizologii, aż do sceptycznego wyszydzania dążenia do „prawdy”: prawda zabija, a tylko pozór sprzyja życiu.

Kto by się chciał w tym dopatrzeć pewnego pesymizmu, byłby w błędzie co do istotnych poglądów Nietzschego. Jest to przesąd, bardzo w kołach szerszych rozpowszechniony, jakoby Nietzsche był pesymistą. Zdanie to jest całkiem mylne, tak mylne, że prawdziwym jest zdanie wręcz przeciwne. Nietzsche jest właśnie najskrajniejszym antypesymistą, jakiego można sobie pomyśleć. Pesymizm, tak obecnie rozpowszechniony, jest w oczach Nietzschego objawem stanu głębokiej depresji, w którym znajduje się nasza kultura: rozpacz życiowa, zaprzeczenie wszelkich walorów życiowych, jest jego zdaniem tylko symptomatem zgnilizny; wszelka rezygnacja jest romantyzmem, i w tym znaczeniu Nietzsche sam siebie nazywa wyraźnie „antyromantykiem”. Ta tendencja antypesymistyczna jest szóstą cechą znamienną nowego poglądu na świat. Nie znaczy to, że Nietzsche zaprzecza istnieniu złego: na to jest umysłem zbyt szczerym. Przeciwnie, więcej aniżeli kto inny Nietzsche zna wewnętrzne i zewnętrzne cierpienia ludzkości. Ale uważa to za nędzną słabość, jeżeli ktoś dla tych cierpień głosi negację życia. Życie należy kochać, nie tylko mimo jego cierpień, lecz dla nich; dopiero cierpienie i jego przezwyciężenie nadaje życiu wartość. Silny mężnie zwycięża cierpienie i ból. Silny afirmuje życie, a nawet pragnie, by się ono ustawicznie powtarzało. W tym znaczeniu Nietzsche prawi o „wiecznym powrocie” wszech rzeczy. Chorobliwą jest radość na myśl, że ze śmiercią wszystko się kończy. Zdrowy pragnie natomiast wiecznego powrotu, wiecznego powtarzania się tej samej jednakowej gry życiowej, i cieszy się, że przyroda istotnie stwarza według określonego cyklu zawsze na nowo dokładnie ten sam świat z dokładnie tymi samymi ludźmi, z dokładnie tymi samymi radościami i bólami.

Tak więc Nietzsche głosi wprost „żywot wieczny”. Ale jakżeż się różni jego pojęcie od tego, które z wyrazem tym łączy religia. Chrześcijaństwo w szczególności obiecuje żywot wieczny temu, kto w tym doczesnym żywocie krzyżuje swe ciało, wyrzeka się swego samolubnego „ja” i przestrzega przykazania powszechnej miłości bliźniego — kto więc czyni wprost przeciwnie, aniżeli każe Nietzsche. Dlatego istnieje u Nietzschego silna tendencja antyreligijna, a w szczególności antychrześcijańska, i wtem tkwi siódma cecha znamienna jego nauki. Od czasów Voltaire’a35 i Feuerbacha36 religia, a w szczególności chrześcijaństwo, nie spotkało się z przeciwnikiem tak skrajnym, tak nieubłaganym. Nietzsche napisał książkę pod tytułem Antychryst — najostrzejszy napad na chrześcijaństwo, jaki da się pomyśleć. I jest to rzeczą całkiem naturalną, że Nietzsche upatruje w chrześcijaństwie najsilniejszą zaporę przeciw swej własnej nauce. Albowiem chrześcijaństwo jest prostym zaprzeczeniem wszystkich tych tendencji, które znaleźliśmy u Nietzschego. Chrześcijaństwo jest pesymistyczne w odniesieniu do świata zmysłowego; jest demokratyczne; jest spokrewnione z socjalizmem i z feminizmem; najważniejsza jednak jest sprzeczność na polu moralnym. Chrześcijaństwo nakazuje litość, miłość, wyrzeczenie się siebie samego aż do ascezy, zwłaszcza zaś pielęgnowanie biednych i chorych, opiekę nad słabymi i nędznymi. Nie uznaje prawa silniejszego, lecz przeciwnie uznaje prawo słabszego do względów i litości. Konsekwentnie musi tedy Nietzsche upatrywać w chrześcijaństwie praźródło wszelkiej dekadencji. Gdzie zwycięża chrześcijaństwo, tam też odnosi tłum słabych, tłum niewolników, zwycięstwo nad nielicznymi silnymi, którzy przecież z natury rzeczy są powołani do panowania nad tłumami. W tym znaczeniu nazywa Nietzsche w owym osławionym zwrocie chrześcijaństwo „powstaniem niewolników na polu moralności” i usiłuje historycznie wykazać, że chrześcijaństwo przyjęli i rozpowszechnili zrazu niewolnicy. Ta religia niewolników i ta moralność niewolników zachwalała oczywiście tylko te cnoty, które były pożyteczne niewolnikom: litość, miłość, pobłażliwość; potępiała natomiast bezwzględność, samolubstwo i okrucieństwo, tworząc właśnie te obelżywe nazwy dla oznaczonych nimi przyrodzonych cnót ludzi niezepsutych: dla odwagi, energii, ambicji, żądzy mocy. A to są właśnie cnoty narodów starożytnych, najdzielniejszych: Greków i Rzymian. Bez tych cnót Imperium Romanum nie byłoby powstało. Gdy jednak niewolnicy ze swoim nowym chrześcijaństwem cnoty te przechrzcili występkami, gdy to fałszywe, nienaturalne odwrócenie naturalnych wartości dzięki chrześcijaństwu stało się panującym, wtedy też owo wspaniałe Imperium Romanum rozsypało się w proch a starożytna kultura upadla. Trzeba zatem teraz ponownie odtworzyć naturalną ocenę wartości drogą odwrócenia wszech wartości, które ludzkość uznaje, odkąd powstało chrześcijaństwo. Tak więc prowadzi nas ta siódma tendencja, antychrześcijańska, znowu tam, skądeśmy wyszli, do tendencji antymoralistycznej.

Teraz też przedstawia się ta tendencja antymoralistyczna, którą się zwykle wyłącznie podnosi, gdy mowa o Nietzschem, tylko jako jedno ogniwo całego łańcucha tendencyj pokrewnych, tylko jako nić jedna wśród wielu innych nici, tworzących osobliwą tkaninę tego dziwnego umysłu.

Zaznaczone tutaj tendencje w liczbie siedmiu są najważniejszymi nićmi tej tkaniny; istnieją jednak jeszcze liczne inne drobne nici, nadające ogólnemu kolorytowi tkaniny osobliwe zabarwienie. Ale te nici drobniejsze muszę tutaj pominąć. Ograniczam się do owych siedmiu tendencji, gdyż one są najważniejsze, i dla przeglądu raz je tu jeszcze wyliczam: antymoralistyczna, antysocjalistyczna, antydemokratyczna, antyfeministyczna, antyintelektualistyczna, antypesymistyczna, antyreligijna.

*

Istotnie, wizerunek to osobliwy, uderzający. Spoglądamy na ostro zarysowaną twarz męża, który z bezwzględną energią burzy wszelki autorytet i głosi naukę nową, twardą, ewangelię siły, mocy, potęgi. Nic dziwnego, że rewoltuje duchy i że budzi ducha rewolty — ale dajmy spokój krytyce; nie dajmy się wytrącić ze stanowiska trzeźwego, poniekąd już historycznego, które dotąd zajęliśmy wobec owego męża i jego nauki. Owszem, pogłębmy jeszcze to stanowisko historyczne. Zapytajmy się, czyśmy nie spotykali się już w historii z naukami podobnymi? Czy ów mąż nie przypomina nam innych, niemniej ciekawych postaci z dziejów filozofii?

Takie porównania przeprowadzono już nieraz. Wskazują — i słusznie — na greckich sofistów, zwłaszcza na owego Kalliklesa, który (w platońskim Gorgiaszu) wygłaszał całkiem podobne nauki o prawie silniejszego. Według niego ograniczenia moralne i prawne nie są czymś „przyrodzonym”, lecz czymś „konwencjonalnym”; „ustawy” to wymysł „słabych”, „gorszych”, tych „wielu” w celu obrony własnej przeciw „silnym”. Ale „natura” chce, aby panowali silni; według natury jest rzeczą sprawiedliwą, aby „silniejszy” władał „słabszym”, aby „mocniejszy” miał przewagę nad mniej mocnym. Mocniejszy, silniejszy, powinien zatem według prawa natury mieć „prawo” gnębienia słabszego. Ta sofistyczna antymoralność uważa więc wszystkie normy prawne i moralne za nienaturalne więzy, które silny zrywa nie namyślając się i z czystym sumieniem, albowiem jest przekonany, że spełnia tylko, czego chce przyroda.