I dopiero opowiadania o świętach, o gościach. I tak trwa godzinę. Jedni odchodzą, drudzy spóźnieni przychodzą.

— Tak leciałem; myślałem, że nie dostanę.

No i coraz mniej, coraz mniej. Aż został Dżek i Parkins. Parkins pomógł Dżekowi wytrzeć schody, bo trochę się zabłociły, i poszedł także. A w szafie zostały się108 tylko cztery laurki: Dżeka, brudasa Dżona, Warda i Nelly.

Dlaczego Nelly nie przyszła? Dżek bardzo chciał ją zobaczyć. Weszłaby w białym płaszczyku i białej czapeczce z pomponikiem. Płaszczyk Nelly wisi na trzecim kołku w środkowym rzędzie. Raz ktoś jej zrzucił czapeczkę, Dżek był akurat w szatni, więc wziął i powiesił. A pani woźna powiedziała:

— Zaraz poznać porządne dziecko. Inny sam zrzuci i nie podniesie.

I kiedy Dżek stoi przy oknie i myśli, woźny go do siebie zawołał.

— Długo będziesz czekał? Już więcej nie przyjdą: może wyjechali na święta. A ty zmarzłeś, bo się w święta nie pali w piecach.

I tu tak samo: zupełnie inny jest mister Taft, kiedy ktoś go nie zna i wejdzie tylko coś kupić, a zupełnie inny jest w pokoju ze swoją starą matką. Zupełnie inny jest woźny, kiedy dzwoni na schodach albo chodzi po korytarzu i gderze109 na chłopców, a zupełnie inny w mieszkaniu. Zupełnie jak rozmaici ludzie, niepodobni do siebie.

Komisja rewizyjna napisała w kajecie z rachunkami Dżeka:

„Komisja rewizyjna przejrzała kwity kooperatywy, obliczyła kasę, sprawdziła rachunki. I znalazła wszystko w zupełnym porządku. Komisja w imieniu kooperatywy trzeciego oddziału Dżekowi Fultonowi składa podziękowanie”.