Jak myśliwy, zanim pocznie strzelać do odległej zwierzyny, uczy się celować do uwieszonej na sznurku butelki, tak bobo celuje wzrokiem, uczy się chwytać w ruchu — własne swoje ręce.

Bobo w ciszy odbywa długie i mozolne studia: uczy się patrzeć, uczy się pamiętać, uczy się poznawać.

Nie wolno bobowi rąk krępować, bo mu one potrzebne.

*

Mijają wieki, wiele stuleci.

Mówię: wiele stuleci, bo godziny bobowego czuwania przeplatane godzinami snu, chwile wesołych uśmiechów i uniesień gniewu, rozpamiętywań cichych i burzliwych rozpaczy — godziny i chwile, które na tarczy zegara znaczą się bliskimi znakami, są dla boba okresami bez porównań, bez ściśle ustalonych w czasie wspomnień, nieskończenie długimi, zatartymi na szarej tablicy jego świadomości.

Wczorajsze wrażenie przeżywa bobo dziś we wspomnieniu mglistym obrazem, jak stuletni starzec — pierwsze lata dziecięctwa.

Minęło wiele stuleci, zanim bobo poczęło poznawać cienie dobre i złe. Dwa dobre cienie, które bobo już zna, dwie jego ręce.

Dobry cień to pierś piastunki: wielka chmura zakrywa cały horyzont, daje ciepło i koi głód.

Kiedy się budzi, leży cicho, patrzy ciekawie, wsłuchuje się czujnie, zwraca głowę w stronę każdego szmeru i każdej błyskawicy blasku.