Józio kładzie się na kanapie.
Stasio czyta — czyta z wzrastającym zainteresowaniem.
I nagle przychodzi mu do głowy myśl dziwna: ten ojciec zadżumionych podobny jest do Stasia. — I na ojca zadżumionych, i na Stasia spada cały szereg nieszczęść, których końca nie widać. — Jeszcze się feralny tydzień nie skończył, jeszcze dwa dni. Kto wie, co dalej będzie? Może go wyrzucą albo co? — Tamtemu dzieci umierały, a on dostał dwójkę po dwójce. — I za co to, za co? Co złego zrobił ten ojciec, że mu umierały tak dzieci? — Biedny! — Stasio ma łzy w oczach. Józio siedzi na krześle i patrzy w światło lampy. Zosia patrzy gniewnie na Stasia: przez niego cały wieczór zepsuty — jakieś muchy ma w nosie dzisiaj — wykapany tatuś...
Nie ma nikogo z dorosłych, a w mieszkaniu tak cicho. Czemu dziś tak smutno, chociaż nie ma mamy?
Oto krzywda się dzieje już nie Stasiowi tylko, ale Józiowi i Zosi także. Oto sen mroczny śni historia, że zły duch, zła siła legła u wrót izby szkolnej — zła, bo nie znosi śmiechu dzieci — zła, bo gdy taki wesoły i beztroski śmiech dzieci usłyszy, to jej krwią nabiegają oczy, leniwie głowę ku drzwiom zwróci — i warknie, i śmiech płoszy.
Biedne, bezradne — gdzież modlitwa za wasze szczęście płowe, gdzie pomoc? Zdziwione oczy wasze smutne. Może jawi się cud — rycerz o stu głowach, o stu po sto rąk czarnych w guzach i garbach, i bliznach od ciężkich narzędzi pracy — i dla wszystkich, i dla was lepsze jutro kupi.
Mroczny sen śni historia.
*
— Poczekaj, dam ja ci za wczorajsze — odgraża się Malinowski.
Malinowski jest dzisiaj dyżurnym. Stasio przypomina sobie wczorajszą kłótnię i niepokój wkrada mu się w serce. Malinowski i tak jest świnia i lizuch, a teraz jeszcze...