„Nie, nie bzik”.

Ale co to jest, nie wiedział.

VII. Józiek Bzik

Wojciech Mazur, jako stróż nocny, zajmował placówkę na ulicy Czerniakowskiej. O sile jego dziwy sobie opowiadano, o przygodach, których doznał w swoich podróżach po wszystkich częściach świata, krążyły najrozmaitsze podania. A legendy mogły tym łatwiej rodzić się, rosnąć i zmieniać, że Wojciech nic do nich nie dodawał i nigdy ich nie prostował.

Mieszkał w małym pokoiku na facjacie ze swoją córką, a może i nie córką, bo będąc już bardzo niemłodym, przywiózł ją, dziewięcioletnią dziewczynkę, nie wiadomo skąd. Potem widywano go tylko, gdy chodził miarowym krokiem, głośno uderzając żelazną skuwką pałki o kamienie przez noc całą. W niedzielę chodził z dzieckiem do kościoła. Gdy mu się kto ukłonił i on go pozdrawiał, ale z nikim w bliższe stosunki nie wchodził.

Dziewczynka rosła, Wojciech się nie starzał. Jego siwa broda posiwieć nie mogła, jego znużone oczy wyblaknąć już nie mogły, a na pomarszczonej twarzy żadna już nie zmieściłaby się zmarszczka.

Dziwnym szacunkiem otaczano postać starca i jego dziecko. Nie gniewało nikogo jego życie odosobnione, a milczenie jego nie zaostrzało niczyjej ciekawości. Gdy szedł przez ulicę, ustępowano mu z drogi, gdy schodził z kubełkiem po wodę, zawsze znalazł się ktoś przy studni, co chwytał za pompę. Nawet śmiechy swawolne i dowcipy pieprzne zastygały na ustach, gdy zabieliła się w pobliżu śnieżna broda starca.

W rewirze jego nocnym nie spełniono ani jednej kradzieży, choć złodzieje, zda się, nie siły się jego obawiali, ale czego, któż zgadnie?

Dziewczynka rosła. Najrzadziej głos jej rozlegał się na podwórzu wśród głosów rozbawionej czeredy, a był tak dźwięczny, a śmiech tak srebrzysty, że gdy się rozdzwonił, dzieci nie śmiały wtórować jej śmiechem, jeno słuchały w milczeniu.

Miała włosięta ciemne, jedwabne i jasne błękitne oczy, a patrzeć nimi umiała głęboko przez firankę rzęs długich. W ruchach jej była pewność i zwinność. Nikt jej w gonitwie nie mógł pochwycić, tak zręcznie wywinąć się umiała, a może i nikt jej nie śmiał nawet pochwycić brutalnie.