A późnym wieczorem w samotnej izdebce swojej, zamkniętej na klucz, śpiewała czasem, a wówczas ojciec przystawał przed domem i nieruchomo patrzał w okno swej facjatki i milkł na chwilę stuk żelaznej skuwki o kamienie.

Dziewczynka rosła i dzieckiem być przestała. Ojciec przynosił jej codziennie kilkadziesiąt tektur i worek guzików z masy perłowej, i zajęciem jej było naszywanie guzików na ciemne papierki. Dwanaście godzin pracy na dobę przynosiło, dwadzieścia kopiejek. Ale pracować mogła w domu, nie w fabryce, w towarzystwie tylu dziewcząt i chłopców, pod opieką podmajstrzych i majstrów.

Może obawiał się stary Wojciech tych towarzyszów i opiekunów dziewczyny fabrycznej.

I zdawać by się mogło, że w nędznej izbie pod dachem usłał starzec gniazdo bezpieczne dla siebie i córki. Okazało się jednak inaczej...

Józiek Bzik ujrzał świat w tym właśnie pokoiku chłodnym i wilgotnym.

Wojciech głośniej uderzał teraz o kamienie, ale wolniej chodził. Nie przybyła mu ani jedna zmarszczka na czole, bo miejsca już na zmarszczkę nie było. Ale skład ust zmienił mu się, rysunek warg się załamał i twarz jego stała się nie złą, nie zawziętą, ale mroczną.

W dwa miesiące po urodzeniu już Józiek był sierotą. I Wojciech Mazur nie oddał Jóźka „na mamki”, nawet mu tego nie chciano doradzać. Rano kupował mleko i niańczył malca, wieczorem kupował mleko, kładł butelkę w kieszeń futra, owijał Jóźka w chustkę, osłaniał kożuchem, na piersiach swych starczych robił mu kołyskę i chodził przez noc całą jak dawniej, tylko jeszcze wolniej i... ciszej teraz stukał laską o kamienie.

Tak Józiek dorósł do roku. Nie zabijało go zimne powietrze nocne, nie osłabiło chłodne, oddechem tylko starca grzane mleko. Później, zamknięty na klucz w izdebce na facjacie, spał Józiek mocno przez noc całą. A Wojciech chodził i tylko raz po raz przystawał i spoglądał w okno i słuchał, czy głosu malca nie dosłyszy.

Mógł Józiek sto razy zaczadzić się, spalić, spaść i zabić, mógł być stratowany przez konie, mógł wpaść do Wisły i utopić się, mógł zlecieć z dachu, wypaść przez okno, pokaleczyć się nożem, ale do lat pięciu raz tylko zwichnął nogę na lodzie, raz trafiony w głowę kamieniem, chorował przez tydzień, i raz tylko uciął sobie palec mały u lewej ręki, włożywszy ją w koło tokarni u sąsiada. Poza tym z pozostałymi dziewięcioma palcami i znakiem na głowie, gdzie na skaleczonym miejscu nie porosły już włosy, Józiek chował się zdrowo, bił o trzy lata starszych od siebie chłopaków, jadł wszystko, co mu wpadło w ręce: od surowych kartofli do bułek, których mu dziadek nie szczędził, a których liczbę powiększał sobie, nie przebierając w środkach do ich zdobywania, ślizgał się po rynsztokach. A tak umiał czas sobie rozłożyć, że nigdy dziadek nie mógł się skarżyć na jego nieobecność, a tak umiał skryć to, czego wyświetlenie uważał za zbyteczne, że trudno w nim było pochwycić to wszystko, co cechuje dziecko ulicy, jego charakter i czynności.

Pięcioletni Józiek oddany został do ochrony. Ciasno mu tam było i nudno, uciekał też nie raz i nie dwa razy. A gdy z wiosną słońce zajrzało po raz pierwszy do izby dusznej, zapchanej dziećmi, gdy rozległ się huk zwiastujący, że Wisła ruszyła, chłopiec w obecności opiekunki jakiejś, w koronkową suknię przybranej, zerwał się, pochwycił czapkę, umknął — i przez dwa dni dziadek nie mógł go znaleźć.