Został z ochrony wydalony! Ale tym serdeczniej przywiązał się do Wisły. Ta rzeka wielka śpiewała mu jakąś pieśń, której nie zastąpi mu piszczenie gromady dzieci, ta rzeka szepce mu takie bajki, których nie równać z opowiadanymi monotonnym głosem powiastkami, ta rzeka daje mu takie obrazy, których barwy milej grają niż niezdarne, opstrzone przez muchy obrazki do nauki poglądowej. Ta rzeka jest jego rzeką, on może wejść w wodę po kolana, może w nią rzucać kamyki, a do tej pani z ochrony ani przystąp, a uśmiech ma tylko wówczas na ustach, gdy ktoś odwiedza szkołę, jakaś pani w koronkowej sukni...
Kogo winić należy, że ochroniarka, obarczona własnymi dziećmi, z niewielką pensją, nie umiała rywalizować z Wisłą, nie umiała Jóźkowi dać więcej, niż dawała mu rzeka i ulica? Natura to wielka mistrzyni, a dusza „dziecka natury i życia” to wielka dusza, zawiła, złożona, więc tylko ludzie wyjątkowi mogą z urokiem natury się zmierzyć i duszę jej dziecięcia przywiązać do siebie. Umiał uczynić to Pestalozzi37 w Szwajcarii, Frobel38 w Niemczech, pani Carpantier39 w Paryżu i tak niewielu innych, że ze smutkiem w historię tych pojedynczych usiłowań się patrzy.
Sześć lat miał Józiek, gdy stracił dziadka. Zastał go Józiek raz nad wieczorem nieżywego.
Wielki był pogrzeb nie ceną karawanu lub trumny, lecz ilością zwestchnień i modlitw, które duszy starca towarzyszyły w drodze na Sąd Boży.
I Józiek został sierotą zupełnym. Na Czerniakowskiej inny stróż nocny wystukiwał swą laską, facjatę zajęła inna rodzina, a Józiek znalazł przytułek na krypie Suchego Felka. Ale niedługo tam gościł. Jemu nie mieszkanie potrzebne było, a miasto całe. Sześcioletni chłopiec nie znosił opieki, nie znosił więzów. Ot, wiele mu było potrzeba? Kawałek miejsca, gdzie się prześpi, wszędzie znajdzie, a o jedzenie nie bardzo się frasował. Brakowało mu tylko harmonii i w zdobyciu cennego instrumentu los Józkowi dopomógł.
Wybierali się złodzieje na „grandę”. Granda — to poważniejsza wyprawa złodziejska. „Nadaj”, szperacz, znalazł mieszkanie, którego rozkład znał dokładnie. Parter, oficyna, więc wstęp łatwy, państwo wyjechali na jakiś ślub, dom przechodni, na strychu jest doskonałe schowanko, a na dach można się dostać łatwo, trzeba tylko wykroić kawał blachy, która i tak z jednej strony się oderwała. Robi tam ślusarz — Ignac. Trzeba wziąć jeszcze jednego „klawisznika” i „fratra”. Fratrem w języku złodziejskim nazywa się chłopiec mały, którego można wpuścić przez lufcik do mieszkania.
Nawinął się Józiek, zgoda stanęła. Józiek za pomoc miał dostać harmonię.
„Granda” się udała. Przylepiono kawałek papieru ze smołą do szyby, wykruszono szkło przy zasuwce, Józiek wszedł do mieszkania, otworzył drzwi frontowe, podług umowy, „wytyś”40 przeprowadził go na strych, „pająk”41 podsadził go na dach, stamtąd spuścił na parkan i Józiek puścił się pędem w stronę Wisły na umówione miejsce.
Granda się udała, bo ich nie spłoszono, ale się i nie udała, bo połów był dość marny: w biurku kilkanaście rubli zaledwie, w kredensie trochę srebra, na wieszadle futro, jeszcze jakieś dwa mało cenne pierścionki — nie było się czym dzielić. Ale Józiek, że dobrze się sprawił, dostał „na zachętę” tak pożądaną harmonię.
Gdyby teraz chciał ktoś oderwać Jóźka od ulicy, miałby do zwalczenia jeszcze dwie wielkie siły, które go skuwały z tym życiem ulicznym: pociąg do przygód ciekawych podczas ciemnej nocy, gdy „łysy nie kapuje”42, wywijanie się „skiełom”43, „śledziom”44 i „burym”45, do tej solidarności, która każe cierpieć, a nie wydać, i miałby do zwalczenia to uczucie, które go z harmonią jego łączyło.