Dlaczego go „Bzikiem” nazwano? Bo sam on wyrazu tego często używał. Na pozór stosował swego „bzika” niezbyt fortunnie, ale gdyby kto pomyślał trochę, przekonałby się, że wyraz ów magiczne miał dla Jóźka znaczenie.

Gdy smutek go ogarniał, gdy jakieś myśli dręczące plątać mu się w głowie poczynały, gdy echo wspomnień niedawnych niosły Jóźkowi jego modlitwy, które za dziadkiem powtarzał, gdy, kto wie, może głos krwi szlachetnej wołał o coś do Jóźka, on spluwał zawsze i mówił:

— Ot, bzik, wszystko bzik! — i zdanie to ulgę mu sprawiało.

Jak widać, charakter Antka dopełniał się przez Jóźka, to też zaprzyjaźnili się szczerze.

W przyjaźni „dzieci ulicy” mało jest sielankowej poezji, ale jest moc niepojęta, tragiczna. Przyjaźń nie polega na wspólnych długich rozmowach i marzeniach, oparta jest na wspólnym interesie, a cechują ją dwa rysy znamienne: równy podział pracy, równy podział zysków i jednakowa odpowiedzialność. Solidarność aż do zaparcia się siebie, aż do morderstwa jego wroga. Taki jest kodeks przyjaźni, uświęcony tam, nietykalny.

Zamieszkali chłopcy razem z Bronkiem kelnerem i Andrzejem kucharzem, i dobrze im było we wspólnym pożyciu z tymi ludźmi, zepsutymi do najdrobniejszej cząstki swej duszy. Bronek miał lat dwadzieścia cztery i był w tym okresie, gdy przestawał już odczuwać choćby ułamek jakiś dumy osobistej; schylony w pół, „ujaśniający” każdego, kto mu napiwek w rękę wsuwa, ocierając się wśród pijanych i używających, z uśmiechem wiecznym na twarzy, z ciągłym: „Słucham jaśnie pana” — nosił jedno tylko uczucie. On chciał sam być kiedyś „jaśnie panem”, tymczasem używać mógł tylko na swój sposób, zastępując uczty gabinetowe pijatykami, gdzie zwyczajna wódka mieszała się ze zlewkami kosztownych likierów ze stołu gości, a na talerzach leżały zakąski z kiełbasy zwyczajnej i... pasztetów.

I kucharz nie ustępował ani trochę przyjacielowi w wartości moralnej. Starszy od Bronka, imponował mu cynizmem przechodzącym te granice, których Bronek nie śmiał jeszcze przekraczać.

Antek i Józiek znaleźli sobie zajęcie. W dzień włóczyli się po ulicach. Celem wycieczek było chwytanie zbłąkanych psów lub wabienie głupich pinczerów i mopsów, by je potem zwracać za „sowitą nagrodę”. Bronek, jako czytający, przerzucał ogłoszenia w pismach i przynosił listę zgubionych i poszukiwanych psów wraz z adresami właścicieli.

Drugim zajęciem było oszukiwanie „litościwych osób”. Brało się koszyk, kładło się butelkę z wodą, szło się na ludną ulicę, tam koszyk wypadał, butelka się tłukła, woda wylewała; trzeba było krzyczeć i płakać.

Dochodziła „litościwa osoba”.