— Czego płaczesz?

— Majster posłał mnie po spirytus i wylało mi się. Będzie mnie bił; może mnie zabije nawet.

Płacz taki musiał przynieść pół rubla.

Szczególniej szczęściło się Antkowi.

A wieczorem wprowadzanie gości do cyrku, otrzymywanie dziesiątek, oszukiwanie czujności biletera i wkręcanie się na przedstawienie.

Nie dnie, ale miesiące trwało to samo.

Jedynym ciekawszym epizodem, jaki zanotować wypada z pierwszego półrocza samodzielnej „pracy” Antka, było jego zapoznanie się z malarzem.

Pan malarz był bardzo znany i bardzo utalentowany, a że twarz Antka doskonale się nadawała do obrazu, jaki zamierzał stworzyć, więc dał mu swą kartę wizytową i nazajutrz Antek znalazł się w jego pracowni.

Czterdzieści kopiejek za godzinę pobierał Antek-model, Antek-typ; a Antek-dziecko przyglądał się podczas tej godziny obrazom pana malarza. A obrazy w pracowni młodego artysty, szukającego nowych dróg w sztuce, bywają różnej treści, a towarzysze jego prowadzą różne rozmowy, malarz sam także rozmawia ze swoim modelem, z „piramidalnym” chłopcem, który „wygaduje takie komiczne rzeczy, że ze śmiechu się można pokładać”.

— Powiadam wam, że z tego smyka będzie albo wielki szubrawiec, albo wielki człowiek.