I artysta niczego nie zaniedbał, by zrobić z Antka właśnie wielkiego szubrawca. Czynił to prawie nieświadomie, by się rozerwać, by się pośmiać; wyciągał go na słowa i półsłówka, a potem opowiadał w gronie towarzyszów. I chłopiec, nie wiedząc nic o tym, bywał często bohaterem rozmów, prowadzonych w „artystycznej” knajpie.
I dziwić się tu, że malarz stał wyżej ponad duszę dziecka ulicy, że nie chciał widzieć w nim człowieka, a widział model tylko.
Dwa tygodnie trwały rozmowy i praca, gdy „licho skusiło” artystę, że zapytał, czy Antek umie czytać.
— Nie umiem — odpowiedział chłopiec.
— Wstydziłbyś się, taki duży chłopak.
Antek poczuł, że krew mu uderza do głowy, odczuł zniewagę, jaką mu wyrządzono, przeczuciem raczej zrozumiał, że ten człowiek mniej niż każdy inny, miał prawo moralizować go i tłumaczyć, co dla niego, Antka, jest wstydem, hańbą, co zaletą, obowiązkiem.
— To pan niech się wstydzi, że pan umie czytać — rzekł Antek, zrywając się z siedzenia.
— Siedź spokojnie, czegoś się zerwał?
— Bo nie chcę panu pozować.
Antek zrzucił ze siebie ubranie malarza, włożył swoje spodnie podarte i kurtkę, i nim artysta zdążył się opamiętać, Antka już w pokoju nie było.