— A jemu co się znów stało?

Antek biegł nad Wisłę. Czuł, że musi pożalić się przed kimś, że musi komuś się wypowiedzieć, bo go dusiło coś w piersi, darło się na kawały.

— Dureń, osioł! — powtarzał przez zaciśnięte zęby.

Chłopiec w tornistrze z książkami szedł przez ulicę, i Antek go potrącił. Uczeń rzucił za nim słowo: „andrus”46. Dlaczego Antek nie „zamalował” go, dlaczego biegł coraz prędzej, dlaczego zatrzymał się nad rzeką, rzucił na belki i płakać począł?

Wybuchł w nim bunt na to, co go otaczało, co widział, słyszał, w czym żył. Gniew wstrząsał jego wątłą piersią, gniew, który objawiał się łkaniem i przekleństwami.

I ujrzał Antek wśród łez znaną mu postać, usłyszał głos łagodny, który nazywał go nie „Antek” ale miękko, śpiewnie „Antoś”. I przestał chłopiec płakać, patrzał na Wisłę szeroką, śniegiem jeszcze przyprószoną, na słoneczne iskry, które grały w kryształach i cały w patrzeniu zatonął.

„At, bzik” — pomyślał nagle.

Wstał i szedł ku domowi.

Czuł się samotny i bardzo nieszczęśliwy.

W pokoju nie było nikogo. Trzy łóżka brudne, podłoga, zarzucona pustymi butelkami i niedopałkami papierosów, na stole talerze ze skrzepłym mięsiwem. Dwa psy skowytem go powitały.