Chłopiec położył się na łóżku, zapalił papieros i w obłokach dymu, który leniwie unosił się ku górze, widział inny pokoik, widział Mańkę w czystej sukience z gładko zaczesanymi włosami.
I Antek przypomniał sobie Jędrka. Zbudziła się w nim gwałtowna ciekawość: czy ten hrabia wziął Jędrka do siebie?
Wstał z łóżka i powlókł się wolnym krokiem w stronę mieszkania Jędrkowego ojca.
Marcin był stróżem na Czerniakowskiej. Zajmował on z siedmiorgiem dzieci komórkę pod schodami. W lecie część rodziny sypiała na dworzu, w zimie tylko Marcinowa spała w bramie, na tapczanie. Kiedyś mąż Marcin w bramie sypiał, ale jak mu raz ból wszedł w kości, powykręcało mu nogi i ręce, że dwa miesiące jęczał w szpitalu, to doktór już nie pozwolił mu na chłodzie nocy spędzać.
Marcinowa błogosławieństwami powitała Antka, gdy go poznała w mgle pary, która wydobywała się z balii z gorącą wodą.
— Oj, Antku, Antku, żeby ci Pan Jezus dał zdrowie, żeś ty nam Jędrka z karku zdjął.
— Więc był ten pan, wziął Jędrka? — zapytał Antek.
— Oj, był i wziął dwadzieścia pięć rubli dał staremu. Oj, stary wziął i kupił sobie zegarek. Oj, nie wariat to, zegarek sobie kupować? — prawiła płaczliwym głosem Marcinowa.
— I wziął Jędrka ze wszystkim?
— Oj, ze wszystkim. A co gadał, co gadał. „Wy, powiada, źleście robili, żeście się chłopcu uczyć nie dali, żeście go bili”. Oj, jaki on, mój Antku, głupi. Jakże ja nie miałam Jędrka bić, kiedy mi się precz plątał pod nogami i nudził o książkę i o kajety? Co innego pańskie dziecko, wiadoma rzecz, że musi się na książce uczyć, ale co mój Jędrek z nauką zrobi, co? Powiadam ci, z początku tom się okropnie zlękła, bo nie wiedziałam, co to jest. A jak zaczął gadać, to mi, powiadam ci, tak serce dygotało, że strach... Wacka! ej Wacka! Gdzieś tam wlazła? Chodź tu, kiedy wołam.