Z mgły pary, z kąta pod schodami, wysunęła się dziewczynka.
— Idź do ojca, powiedz, że Antek przyszedł. Niech wódki przyniesie. Prędzej, słyszysz?
Wacka w wilgotnej od pary sukienczynie, z kroplami wody na czole i skroniach, z wyblakłymi niebieskimi oczami, cicha, lękliwa, wyszła, kaszląc, z izby przez drzwi otwarte.
— Ja nijak nie mogłam wymiarkować — ciągnęła Marcinowa — co on chce. Bo żeby to Jędrek był bardzo ładny, a to inna rzecz. Ale cóż to takie zdechlakowate, mizerne... Dopiero, jak on mi powiada: „Tak i tak, Antek powiedział, że on się chce uczyć, a wy go bijecie”, tak dopiero coś niecoś zmiarkowałam. I myślałam, że to od policji, że to takie wyszło prawo, że nie wolno bić za uczenie, albo co. No, to dopiero mi zaczął tłumaczyć, że nie o mnie chodzi, tylko o Jędrka. Ja myślałam jeszcze, że on się tak zlitował nade mną, bom go całowała i po rękach, i po nogach. Na koniec on się rozgniewał, bo mu ciągle przeszkadzałam mówić. Dopiero potem wytłumaczył, że chce Jędrka wyuczyć. Wolałabym do rzemiosła go oddać, ale co tam. Niech sobie już będzie, jak chce. Byle jedna gęba mniej.
Z głębi izby, spod schodów, rozległ się płacz.
— Ot, widzisz, Antek, co to jest. Oj! Jezu, Jezu — i znikła w kłębach pary.
— No, a co on wam jeszcze mówił? — zapytał Antek. Chciał on wiedzieć, bardzo chciał wiedzieć, co też ten pan hrabia mówił.
— A dużo gadał, a bo ja tam pamiętam. Coś ci mówił, że jak Jędrek wróci, to będzie pracował nie tylko na rodziców, to niby na mnie i Marcina, ale na wszystkich.
— I co jeszcze?
— A bo ja tam wiem? Gadał i gadał, a ja w końcu nawet nie wiem, czy Jędrka tu kiedy przyśle, czy co z nim chce robić. A bałam się pytać. Chyba tam dobrze będzie Jędrkowi: takie palto miał ładne ten pan. Dobre chyba jakieś panisko, tylko trochę gapowate jakby.