Wszedł Marcin, przyniósł wódkę, przepił do Antka, kieliszek poszedł w koło i rozmowa weselsza się stała...
Antek wyszedł. Czuł zawrót głowy od tej wilgoci i trzech kieliszków wódki. Chłodne powietrze orzeźwiło go.
Pozostało mu kilka godzin do wieczora. Nie szczęściło mu się dzisiaj. Od malarza nie wziął pieniędzy, do miasta za „zarobkiem” nie poszedł, teraz czuł głód i coś go nieznośnie męczyło.
Przypomniał sobie o pozostawionym u Wojciecha na Pradze kuferku. Jak mógł tak długo nie odebrać go?
Leniwym krokiem przeszedł całą długość Powiśla, most i część Pragi.
Był głodny. U Wojciecha nakarmiono go.
W kufrze znalazł ubranie, bieliznę i pięć książek. Jedna z nich: Pan Tadeusz Mickiewicza, dalej Ogniem i mieczem w trzech tomach, i piąta książka — powieść, której nagłówka zapewne nie znacie, czytelnicy.
Antek podarował dzieciom Wojciecha kilka koszul, za co dzieci ucałowały z rozkazu rodziców jego rękę. Chłopiec czuł, że przyjemnie to, gdy jest się całowanym w rękę. Spoważniał, uważał się za równego starszym.
— Cóż słychać u was nowego?
— Ano nic, jakoś się żyje. Tylko Wojciechowa słabuje. Wlazł jej ból w piersi. Właściwie nie piersi ją bolą, ale tak z wierzchu, w piersiach i w boku. Doktór dał jej trzy proszki. Jeden wyżyła, ale był okropnie gorzki, więc nie chciała już brać drugiego. Jeden proszek podsypała małemu w nocy, bo go pchły żarły. A przecież pchla jest mała, więc albo zdechnie od takiej goryczy, albo ucieknie sobie prócz. A trzeci proszek jest jeszcze, leży w komodzie.