— Jak się Wojciech kiedy upije, to mu dam w wódce, może się odzwyczai od kieliszka, bo na tę wódkę strasznie dużo pieniędzy wychodzi. A przecież Wojciech nie ma, wie Bóg, jakiej trza by pensji, żeby mógł dużo wydawać. Z ośmiu rubli na miesiąc zawsze rubel albo i więcej idzie na karę to za to, to za owo, więc siedm rubli zostaje. I tak ledwie się koniec z końcem wiąże. Dobre i to, że jeden chłopak jest w terminie u krawca, dziewczyna chodzi do szycia: ma rubla na miesiąc. Bartka i Fonka nigdy prawie i tak w domu nie ma, jedno jest w ochronie. Jakoś się żyje.

Antek włożył palto, zwinął w węzełek ubranie, bieliznę i książki, i wraca do domu. A kuferek niech zostanie u Wojciecha: może mu się na co przyda...

Józiek Bzik czekał już na Antka. Powiodło mu się dobrze. Spotkał się z Wiktą, weszli do bramy, zdjął buty, dał je Wikcie do trzymania, a sam stanął boso pod murem, na Marszałkowskiej. Zaraz zbliżyła się do niego jakaś pani i dała mu czterdziestówkę, potem oficer dał mu pół rubla, potem jeszcze kilku golców „się ulitowało” i dało po dysce, potem jakiś pan zaczął z nim rozmawiać, pytał, gdzie mieszka, Józiek dał mu adres „na Pacanów”. Ten pan zapisał sobie adres, dał mu trzy ruble, kazał kupić buty, a sam przyrzekł, że przyjdzie sprawdzić, czy kupił sobie buty naprawdę.

— Mówię ci, taki śmiszny. Mało się nie rozbeczał, taki ci okropnie sercowy. Cóż ty, pyta, nie masz starych jakich butów, że na mróz boso chodzisz?

— A mam, proszę pana.

— A dlaczego nie włożysz ich?

— Bo mi macocha schowała.

— A dlaczego macocha schowała?

— Bo chciałem do ojca iść do szpitala.

— A to zła ta twoja macocha?