— Nie pójdę.
— Chodź, chodź — prosi, ciągnąc chłopca. — Wiesz? Matka Mańki umarła? Widzisz, ja żyję.
— A mnie co do tego?
— Takiś ty syn? A co ja ci złego zrobił?
— Ho! ho! Co złego?
Antek pchnął ojca. Pijany się przewrócił. Stoczył się do rynsztoka, z oczu łzy, prawdziwe łzy mu płynęły.
— Własne dziecko, własny syn.
I łzy płynęły razem z pomyjami rynsztoka.
Antek biegł. Nie wiedział, dlaczego odepchnął ojca. Nie czuł do niego żalu. Dlaczego zostawił go tam w błocie, dlaczego mówić z nim nie chciał?
Może dlatego, że ojciec po raz pierwszy w życiu przemawiał do niego łagodnie.