Antek biegł w stronę Wisły, zatrzymał się nad brzegiem, spojrzał na długi szereg latarni, na most, postąpił krok naprzód i uporczywie patrzał w toń rzeki. Jeszcze jeden krok zrobił, ale się cofnął.
Szedł w stronę Pragi. Raz jeszcze zatrzymał się na moście i patrzał w czarną toń rzeki, która leniwie toczyła grube płyty lodu.
I szedł dalej, potrącany przez przechodniów, drżąc z zimna i tych myśli, które napływały mu do mózgu.
— Nie, nie wróci do swego mieszkania ani do Zośki, nie wróci ani dziś, ani nigdy. Skąd ta garbata ma taką ładną córkę? A może dzieci Zośki byłyby znów garbate?
Na drodze Mareckiej, o wiorstę61 od Targówka, jest karczma. Stoi tam ona od niepamiętnych czasów i ma swoją wielką kartę w kronice dzieci Warszawy. Dziś nawet cienia dawnej sławy w niej nie pozostało.
Antek wiedział, że tam spotka kogoś, do kogo będzie mógł „przystać”, że tam to znajdzie, czego nie znalazł w swej wędrówce „po panach”, znajdzie braterstwo, równość, życzliwość. Tam będzie cząstką całości, gdy tu może być tylko czymś oderwanym, deptanym jak liść z drzewa spadły.
Pójdzie, zafunduje, „puści” swoje kilka rubli, ale znajdzie przyjaciół, ludzi, którzy interesować się będą losem jego, pomagać w jego przedsięwzięciach, ratować w niebezpieczeństwie.
Mija Nową Pragę, zakręca w pole, przechodzi pod traktem kolejowym. Pociąg, hucząc, wali przez pomost, miga dziesiątkami oświetlonych okienek.
Dalej już tylko szosa, cisza zupełna. Dwa szeregi drzew czernią się z dwu stron szosy. Niebo pokryte brudnymi chmurami.
Antek wie, że tą samą drogą szedł rok temu Józiek Bzik.