— O, ja swoje zawsze zarobię. Żeby nie ten stary grzyb, to bym miał rubla dla siebie.

— Ty tak jakoś umiesz.

— Owa, wielka sztuka. Żebym to ja był dziewczyną, tobym jeszcze więcej zarobił!

— A jakże. Lepiej być chłopcem.

— Co ty tam wiesz... Dlaczego ty nigdy w rękę nie całujesz?

— Bo nie chcę i nie będę.

— Fi, takaś harda. W interesie tak nie można.

Biegli w stronę Wisły.

Gdyby się Antek albo Mańka byli obejrzeli, ujrzeliby idącego krok w krok za nimi w palcie z podniesionym kołnierzem i w binoklach ciemnych mężczyznę. Śledził on tę parę przez cały wieczór, szedł za nią, czekał, aż Antek wyjdzie ze sklepiku, a teraz zmierzał w stronę Wisły. Mocniej nasunął on kapelusz na czoło, czasem przystawał na chwilę, cofał się o kilka kroków i znów szedł za dziećmi, przyciskając w prawej ręce błyszczący przedmiot.

— Słuchaj, Antoś — zapytała nagle Mańka — czy ty się nie boisz Wicka?