— Co się mam bać?

— A jak on cię zbije; on silniejszy, a może i innych namówić.

— Już ja sobie poradzę. Nie takich rydzów widziałem.

Domy były coraz mniejsze; parkany oddzielały pojedyncze zabudowania, bruk stawał się coraz nierówniejszy, a latarnie coraz mniej rozpraszały ciemności.

Na zakręcie ulicy ukazało się dwóch chłopców.

— Antoś, patrz — zawołała z trwogą dziewczynka, chwytając Antka za rękę.

— Puść, głupia.

— Uciekajmy.

— Ja bym uciekł, ale ty?

— To weź moje pieniądze i leć.