Józiek zapala świecę. Gliniana podłoga piwnicy wysłana jest dywanami różnej wielkości i różnego pochodzenia. Na brudnej wytartej niedźwiedziej skórze leży starzec, przy nim leżą dwa króliki; starzec jęczy cicho. W drugim kącie spoczywa mężczyzna o twarzy ponurej, z ciemnym zarostem, krzaczastymi brwiami i ostrymi, uporczywymi oczami. Obaj patrzeli na Antka długo, bez zmrużenia powiek.

— Siadaj — rzekł Bzik, podsuwając Antkowi poduszkę — masz, jedz.

Starzec poruszył się na swym posłaniu i jęknął.

— Przestań ojciec jęczeć — syknął niechętnie mężczyzna.

— Chory jestem. Boli!

— Niech ojciec wylizie, to ojca wyleczą.

— A wyleczą, wyleczą... Józiek, podnieś mnie.

Antek zauważył, że starzec ma ręce i nogi bezwładne. Owoc to surowej zemsty ludzkiej. Był koniokradem. Zmówili się chłopi całej gminy, pochwycili go w nocy na drodze i poprzecinali mu ścięgna pod kolanami i w łokciach. Okrutna zemsta. Syn tydzień cały ukrywał ojca w lesie, a starzec błagał, by go nie oddawał do szpitala. „Patrz, zając postrzelony ucieka, aby pod krzakiem zdechnąć; ucieka i cierpi tak, jak człowiek nie może wcale cierpieć. Żołnierz postrzelony pada, ale nie ucieka z dwiema kulami. Zając ucieka”.

Nadludzki to był wysiłek: bezwładnego starca prowadzić, nieść, ukrywać się i uciekać, spod Grochowa aż do tej kryjówki, skąd pięć lat już nie wychodził.

Teraz syn tylko utrzymuje honor rodu koniokradów. Choć on już nie trzyma się specjalności, a różne zajęcia uprawia. Znają go, o! znają. Szczególniej chłopi, którzy na targ przyjeżdżają. Sprzedaje im „złoty piasek”, podrzuca woreczki, ogrywa w pasek. Mści się za ojca.