— Motia — mówi Józiek i przysiada się do łobuza w watowanej myśliwce, w barankowej czapce na głowie.
Antek widzi, jak Józiek podsuwa szulerowi karty; idzie mu to zręcznie. Dorzuca czasem słowo do rozmowy, której osią główną są popełnione w ostatnich dniach zbrodnie.
— W kurierach pisali, że w Austrii złapali takiego, co trzydzieści cztery zbrodnie popełnił.
— A to ci dopiero kawalarz.
— A co? A pokaż mi u nas takiego.
I splunął.
Żarty na różne tematy, najsprośniejsze anegdoty i cyniczne uwagi krzyżują się. Antek przypomina sobie, że podobnie bywało w cukierni Śródmieścia.
Między graczami kręci się siedmioletnia dziewczynka, córka właściciela suteryny. Przyjmuje ona udział w grze: podgląda karty.
Znów zmora poczyna dusić Antka. Chciałby napić się wódki, ale gospodarz pić nie pozwala. Pohulanka odbywa się dopiero późno w noc, po ukończonym graniu.
Naprężenie rośnie wśród graczy. Lada chwila może powstać bójka. Ale upominać się o przegrane pieniądze, to znaczy być pobitym przez „motiaków”, być raz na zawsze wykluczonym z liczby graczy, nie być pewnym życia na żadnej ulicy miasta.