Sunęła po ulicy, ustępując z drogi przechodniom, patrząc w ziemię niemrugającymi oczami.

— Więc to tak...

Szła w stronę mieszkania jak zranione zwierzę, do kryjówki swojej.

Przeszła podwórze i oczu nie podnosiła.

Usiadła na stołku w swej kuchence i siedziała nieruchomo.

— Więc to tak... A przecież Zośka prosta jak trzcina, oczy ma takie czarne, duże, włosy długie, gęste, rumieńce młodości na twarzy, a skórę białą, czystą. A przecież Zośka... Ano...

Czuła się bezsilną. Na stole leżały porozrzucane skrawki atłasu, aksamitu, druciki i nitki różnokolorowe. Leżały płatki i całe zrobione kwiaty i liście.

Usiadła przy stole i zaczęła zwijać machinalnie łodygi, nawlekać, spajać i przymocowywać kwiaty.

Nie odrzuciła roboty ani do śniadania, ani do obiadu. Weszła Wojciechowa i pyta, czemu ona sobie obiadu nie ugotuje.

— Co? — pyta garbata.