Włosy jej się rozpuściły i rudym kosmykiem opadły na barki.

— Tylko tak. Ty mnie, ja tobie. A co, może nie? No, niech kto zacznie ze mną.

I podniosła nóż do góry.

— No, niech zacznie. Jak to w zeszłym roku z Pawłem. Nazwał mnie pijaczką. A co? Za twoje pieniądze, złodzieju, piję czy co? I widzicie, nie ja, ale on się wyniósł. Bo... Głupia Garbata. No co, może nie?

Antek patrzał na tę kobietę pijaną, z nożem w ręce i dzieckiem przy piersi, na jej włosy rozrzucone w nieładzie i szklisty wzrok, wsłuchiwał się nie w znaczenie wyrazów, ale w jej głos ochrypły i przypomniał sobie matkę Mańki, swego ojca, Jóźka Bzika, tę dziewczynę z budy „czarnoksiężnika”, dzieci pod krypą, i znów rozpierać mu coś pierś zaczęło, i znów chciał uciekać, uciekać daleko, jak najdalej.

Choroba wróciła z większą jeszcze siłą.

Dokąd pójdzie?

Ba, czy to jeden Józiek Bzik jest na święcie?

Nałożył swą mokrą marynarkę, czapkę na głowę i wyszedł.

Zaszedł nad Wisłę, osiadł na brzegu, na palu, patrzał. Błyskawica rozproszyła na chwilę zmrok, odbiła się kulą ognistą w rzece i znikła. A potem grzmot.