Deszcz ustawał. Zarumieniła się jutrznia. A on precz siedział. Chciał wstać i iść w drogę, gdziekolwiek, byle iść. Ale nie miał sił wstać z miejsca.

Słońce przedarło się przez chmury i skoczyło w wodę promieniami. I zadrgały iskry na Wiśle.

Zaludniła się rzeka. Wyjechały czółna po piasek. Dwie łodzie rybackie sunęły z białymi masztami, w które wiatr dął. Tratwa długa i wąska sunie po toni, kierowana równymi uderzeniami wioseł.

Czas iść po kurier.

— Nie pójdę — mówi sobie — niech się co chce dzieje.

W administracji nie wiedziano, że zniknięcie jednego z chłopców roznoszących pismo ma związek z wiadomością o zamachu samobójczym jakiejś garbatej mieszkanki Powiśla.

Antek powziął postanowienie.

Wstał, przeszedł się po wybrzeżu, podniósł kamień, ukrył za pazuchą i podążył w stronę Śródmieścia.

Zatrzymał się przed sklepem z tapetami, rozejrzał się wokoło. I z całej siły rzucił kamień w szybę wystawową. Wpadł do przechodniego domu, stamtąd w boczną ulicę.

Przystanął na moście. Rozejrzał się: nikt na niego nie zwracał uwagi. Więc jest bezpieczny.