Uśmiechnął się. Oparty o żelazną barierę, przyglądał się przechodniom.

Szedł jakiś staruszek, bardzo ubogo ubrany. Spod kapelusza z szerokim rondem wymykały się srebrne włosy. Na ustach miał uśmiech ujmujący, w oczach łagodność.

Antek znał go z widzenia.

— Dzień dobry panu — szepnął.

Starzec zatrzymał się. Położył mu rękę na ramieniu i długo patrzał mu w oczy, wreszcie rzekł z przekonaniem.

— Masz duszę, chłopcze. Może mieć świat z ciebie pociechę. Chodź do mnie.

XII. Wariat

— Jak się nazywasz? — spytał starzec.

— Antek.

— Rodziców nie masz?