— Razem broniliśmy się od głodu, razem postanowiliśmy zabić fanciarkę z ulicy Topiel. Już staliśmy przy drzwiach, już nam drzwi otworzyła. W porę je zatrzasnęła. Umarła z przerażenia. Sędziowie, i ja jestem zbrodniarzem.
Straciłem Jóźka z oczu, spotkałem go w więzieniu i nie zdziwiłem się.
Są dzieci, które, gdy się rodzą, to aniołowie załamują ręce, Bóg płacze. Czarne mroki snują się nad głowami sierocymi. Zbierają one z życia wszystkie cierpienia, wysysają wszystkie gorycze, imię ich — legion.
Znam duszę oskarżonego i jej głosem się spowiadam. Józiek nie był stworzony do pełzania, wzlotów mu było potrzeba... Ja umiałem czytać, on — nie. Gdym czytał, on słuchał i drżał, i nienawidził mnie, że ja czytać umiem, i pięście zaciskał... Gdy w lat dziesięć później dziewczyna jakaś uczyć go zaczęła, a w zamian za tę przysługę żądała, aby on mył panów w łaźni, znienawidził ją, choć wpierw ją kochał. Ja to rozumiem... Jakim poświęceniem dla dziecka ulicy jest poświęcenie swej dumy, swego „honoru”, zrozumieć ten tylko może, kto wie, że dziecko ulicy nic prócz „honoru” swego nie posiada. Tam w imię „honoru” najwięcej zbrodni się spełnia... Wyrywał się z jarzma, biegł do szynku, ale tam spotykał się z drwinami. Zajęcie jego budziło pogardę... On, który był pierwszy, teraz stał się ostatnim, on, który nikomu się nie kłaniał, musiał być teraz uniżony dla gości, on, który nikomu niczego nie zawdzięczał, teraz był uczniem dziewczyny, „baby”. Pragnął się wyrwać z zaklętego koła, nie miał dość siły, chciał ulec, bunt podnosiła natura. Zamknął się w sobie i milczał... Posądzono go o kradzież, miarka się przebrała... Postanowił zerwać z dążeniem „do słońca”, którego ucieleśnieniem była ta dziewczyna. Ale ciągnęło go coś do niej. Poszedł żądać, by go uwolniła z sieci, ona nie chciała się zgodzić. I nadeszła chwila, gdy uświadomił sobie, że ona to ideał jego, a szynk to jego rzeczywistość. Pochwycił nóż i zabił... W świecie kultury jest to morderstwo, w jego duszy było to zrezygnowanie z dążeń podniosłych, strącenie posągu, sponiewieranie, spopielenie zapałów... Nie wiem, czy się jasno wypowiedziałem...
Widzę tu wielu zbrodniarzy: ojca Jóźka, tych wszystkich, którzy w tułaczkach jego nie dostrzegli go, tego pana, który posądził go o skradzenie papierośnicy, widzę tysiące zbrodniarzy, których postawiłbym przed wami, sędziowie, w imię ágrafoj nomoj80 — „praw niepisanych”. „Pisane prawo” jego nakazuje sądzić.
Skażcie go, sędziowie. Jego już żadna kara nie dosięgnie.
Cisza zaległa salę.
Po chwili przewodniczący wyrzekł:
— Czy oskarżony nic nie ma do powiedzenia?
Żadnej odpowiedzi.