Sędziowie wyszli.
Antek odczuwał zadowolenie spełnionego obowiązku i niechęć piekącą dla zebranego w sali tłumu, który w odświętnych strojach przybył przyglądać się zabójstwu człowieka jak widowisku.
Oparł się o pulpit i czekał na wyrok.
Myślą pogrążył się w zawrotne otchłanie doli ludzkiej, tej doli, której żaden błysk jasny nie opromienia.
Wśród publiczności szept przyciszony szemrał. Zdawać by się mogło, że ci wykwintni również oczekują wyroku, że grozi im wyrok w imię ágrafoj nomoj...
Gdy po długiej przerwie sędziowie weszli na salę, sala zamarła w ciszy...
„Cztery lata więzienia. Zbrodnia dokonana była w przystępie najwyższego rozdrażnienia”.
— Tylko... Więc nie ciężkie roboty.
Swobodniej odetchnęły panie i panowie.
Józiek pod eskortą wyszedł wolnym krokiem z sali.