— Ten, wiesz, to jest mój syn... Jakem przyjechał do stryja, tu, ta dziewczyna z Powiśla... Ja się chciałem ożenić... Ja nie zbrodniarz, Antosiu... Ja się bałem, ja drżałem, ja przeczuwałem. Oj, boli! Co ja teraz mam zrobić? Ty mnie nienawidzisz, przyznaj się.
Antek zmarszczył brwi. Teraz miał prawo sądzić podług praw „niepisanych”. Jaki wydać wyrok?
— Dlaczego pan tego tam, na sali, w sądzie, nie powiedział?
— Bo się bałem.
— I teraz pan się boi?
— Nie wiem. Sam mi radź. Nie wiem. Całe życie poświęciłem, żeby tę winę zatrzeć. Skąd mogłem wiedzieć? Radź mi, tyś młody.
Bezradny, z wystraszonymi oczami, drżący, budził litość starzec nieszczęśliwy.
— Antosiu, powiedz, przecież ja zrobiłem chyba i coś dobrego, co?
— A teraz?
— Radź mi.