— Daj! — woła malec.
— Zaraz, jak to ci pilno.
Zdjął palto — przestał być numerem. Usiadł przy stole i wziął chłopca na kolana: dorożkarz przeobraził się w ojca.
— Na masz.
I rozwija z papierka dwie farbowane marmoladki.
— Daj! — woła, krzywiąc się, Kazik piskliwie.
— Nie draź dziecka — upomina żona.
— To nic... Niech się nauczy złościć, to mu nie będą później w pępek dmuchać jak dorośnie.
Wraca Ignac.
— Nie ma go na podwórzu.