Kobieta stawia szaflik126 z talerzami na kominie, wyciera ręce w fartuch i zmierza w stronę łóżka.

— Ignac, pacierz — no!

Mania popłakuje w kołysce. Kazik leży na łóżku w ubraniu i śpi. Ignac ukląkł, oparł splecione dłonie o krawędź łóżka i monotonnie powtarza modlitwę za matką, która ściele, roztrząsa siennik, zbija poduszki i pierzynę.

Wikta rozbiera malca. Matka kładzie przy kominie siennik, derkę, poduszkę, paltocik na okrycie dla malców.

Patrzę na krzątaninę. W głowie mi się kręci... i jakoś tak dziwnie, tak dziwnie w duszy, że nie do wiary.

Widziałem już to wszystko z dala na mojej kondycji, czytałem tyle o ich życiu; czytałem w powieściach, nowelach, szkicach społecznych, nawet o suterenach ciemnych i lochach, o tapczanach ze zgniłej słomy, i płakałem nieraz. A to jest tylko obszerna, trochę wilgotna i niska izba, gdzie mieszka 10 „dusz”. Czytałem o pijakach — mężach, katach dzieci, o ciemnocie i zbrodniach, a to są ludzie, którzy chcą dzieci uczyć i dlatego wyzbywają się sublokatora, który płacił im rubla miesięcznie. I czemu, czemu — coś mnie dusi, coś mi dech spiera — i boli?

— No, niech się pan Jan rozbiera.

I gaszą lampkę.

Chwilę trwa szelest odzieży, szmer kroków i łoskot przesuwanych sprzętów. I cisza. Tylko zegar tyka głośno z chrzęstem przesuwających się, zardzewiałych kółek, tylko spod komina rozlegnie się suchy kaszel chłopaka, ktoś z dorosłych głośniej westchnie.

— Stasiek, czego ściągasz kapotę? — To ty nie ściągaj! Noo! — Te, bo jak cię rznę. — To rznij. — Noo. — Mamo!