Jakby świt.
Nikłe światło zakrada się trwożnie do izby, szarymi liniami obrysowując kontury przedmiotów.
Robotnik porusza się niespokojnie, łóżko wydaje przeciągły zgrzyt. Nie były w stanie zbudzić go: ani płacz dzieci, ani duszne powietrze, ani kaszel, ani rozmowy, ale obudził go przeczuwany we śnie gwizdek fabryczny za pół godziny.
Siada na łóżku, zapala zapałkę, papieros — spogląda na zegar.
— Która? — pyta żona.
— Ano czas.
— Daj zapałki.
I znów lampka blaszana rzuca żółte światło na izbę.
Kobieta wstaje, zarzuca spódnicę i chustkę, wychodzi do sieni.
Robotnik podnosi się leniwie, zakaszlał raz, drugi, splunął na środek izby, owija nogi brudnymi, cuchnącymi onuczkami, naciąga buty.