— A bo ja wiem, ile mam dzieci? — Ja cały dzień w pracy. — Spytaj się pan żony, to panu powie, które moje...

Po nocach nie sypiam, bo płucom brak powietrza i robactwo gryzie. — Jedzenie takie, jakie może dają w więzieniach.

— To mięso czuć — powiedziałem wczoraj.

— O, jaki pan Jan grymaśny. Mięso musi mięć trąca, bo inaczej twarde w jedzeniu.

— Ale to dla dzieci niezdrowo.

— Dzieciakowi nic nie zaszkodzi: wylata.

Rozumiem teraz, jak z czterech, trzech, dwóch złotych dziennego zarobku można utrzymać rodzinę, opłacić mieszkanie, życie, ubranie, pranie, naftę, doktora, aptekę i księdza na pogrzeb — a jeszcze się upić czasami i imieniny wyprawić.

Rozumiem teraz, czemu tu dzieci mają więzienną, ziemistą cerę, oczy w zgniłych obwódkach, nogi wykrzywione w pałąk i czemu z dziesięciorga — czworo przy życiu zostaje.

Nie rozumiem tylko, jak owe czworo dorasta i siły ma do pracy fizycznej, ciężkiej...

I zapomniałem, że tam w górze huczy miasto, że tam się nic nie zmieniło; tylko ja widzę, czegom nie widział dawniej.