— Pana synek nazywa się Kazio? — zapytałem szybko i dziwnie.

— Bo co?...

— Nic...

— Więc co ja mogę dla pana zrobić?

— Niech mi pan da pięć rubli.

Bez słowa wyjął portmonetkę i podał mi złotą monetę.

— Przepraszam — szepnąłem.

Ogień wystąpił mi na czoło. Spuściłem oczy. Uczułem w ręku niedostrzegalny niemal ruch, jak gdybym chciał oddać.

— Zwróci mi pan przy okazji.

Ukłoniłem się i wyszedłem.