Wyjęła dwa kieliszki z komody, wytarła je o fartuch. Przysunęła stołek do pieca.

— Odsuń się. Mam mięso z obiadu.

Wyjęła z pieca garnek żelazny, wyłożyła na talerz kawałek czarnego mięsa i kilka łyżek gryczanej kaszy.

— Więc pijemy za zdrowie komika — życia... Siadaj przy mnie... Nie masz pojęcia, jaki on był śmieszny.

— Kto? — zapytała obojętnie.

— No ten... Nalej jeszcze.

— Masz, zakąś...

— Nie chcę... Ale dlaczego nie pytasz, jak ja się nazywam?

Wzruszyła ramionami.

— Janek się nazywam... Jaka ty niedobra.