— Wiem, że nie rozumiesz. Tak było zawsze... Ilekroć pytałam o rzecz ważną dla mnie — ty zawsze albo nie rozumiałaś, albo udawałaś, że nie rozumiesz. — I starałaś się, mamo, aby zawsze wokoło mnie byli ludzie, którzy także nie rozumieli albo udawali, że nie rozumieją — i nie odpowiadali, gdy pytałam.
— Dziecko moje, nastały teraz straszne czasy.
— Nie — mylisz się... Bo teraz... Cicho...
Mgła się rozsnuwa, a spoza mgły płynie pieśń — kołysze się cudna pieśń. — W tej pieśni moc i ból — nadzieja i rozpacz. Zamigotała gwiazda — rośnie — rośnie w pochodnie — w stos ofiarny — w słońce — i w sto tysięcy słońc. Falą mocną, która wie, że będzie — płynie to, co będzie — co nie jest mgłą ni pleśnią — co lekkie skrzydła ma — i biel łabędzią — i dzwoni — coraz głośniej i rozgłośniej, i donośniej — jak srebrny dzwonek — jak spiżowy dzwon, jak sto tysięcy i dzwonów, których dźwięk i huk — przez mgłę zgniłą leci ku taflom matowym, drzemiącym. — W pieśni, świetle, dzwonów grzmocie — jest życie...
— Mamo.
— Co, dziecko moje?
— Ty jesteś obca kobieta.
— Dla kogo?
— Dla mnie. Ty jesteś dozorcą moim: jakże ja mam ciebie kochać?
— Masz słuszność, dziecko moje: ja jestem dozorcą i ty mnie nie kochaj.