Słyszałem wiele nowych wyrazów przenośni.
— A bo to raz człowiek wypryśnie z łóżka boso do sieni albo i na dwór w największy mróz.
Wyraz ten mógł się zrodzić tylko w izbie, gdzie patrzy się, jak tłuszcz wypryskuje z patelni.
Albo:
— Słońce przyżarło śnieg od góry.
Więcej nie pamiętam na razie.
Jaką potęgą niezwalczoną jest język narodu. Żyje on, odżywia się sercami milionów, oddycha radościami i bólem, łzami i uśmiechami jego, karmi się, wsysa, odrzuca, wydziela, przerabia — z dniem każdym zamiera jakąś swą cząstką i odradza. Każdy wyraz jest jak komórka żywego organizmu, jak kropla krążących w nim soków.
Język martwy to trup, mumia nieruchoma, wieczna, urągliwa.
Nieraz sam zapewne mówiłem: „język martwy i żywy”, a po raz pierwszy przejrzałem. Ileż to podobnych startych wyrażeń kursuje.