Tak, panie lepszy. Od zimna i woda stężeje, a co dopiero człowiek? — rzekł Tomek.

Głos Tomka ochrypły, bezdźwięczny. Ironia i nienawiść brzmią w nim głucho.

Czoło niskie, włosy twarde, rzadkie, nieokreślonej barwy. Twarz obrzękła, bez zarostu, ze śladami ospy. Wzrok zły, świdrujący przebiegły. Brwi zrośnięte nad nosem oszpeconym ospą.

Poznałem go w szynku na Pradze.

Izba niska, obszerna; okna małe.

Grudzień. Godzina piąta po południu.

U sufitu pali się lampa błyskawiczna.

Gwar. Jedni dobijają targu, drudzy spierają się, wychodzą i wchodzą — wszyscy pijani lub podchmieleni. Zaduch porozlewanej wódki, mdły, słodki odór piwa miesza się z obłokami kopiejkowych cygar i papierosów. Jedni siedzą przy stolikach, drudzy stoją na środku izby. Gwar. Z rzadka świśnie krótki śmiech drwiący, niewesoły, i skona.

Wilgoć spływa po ścianach i opada brudnymi kroplami z sufitu. Podłoga pokryta grubą warstwą błota i naniesionego butami topniejącego śniegu.

Powietrze ciepłe, gęste, jakby lepkie.