Twarz jego przybrała obrzydliwie tępy wyraz.

— Nic — odparłem spokojnie.

Mówiłem cicho, prawie szeptem, ale bardzo wyraźnie.

— Co mu jest? — pan pyta. — Vitium cordis, insufficientia mitralis246, proszę pana. — W anamnezie247 reumatyzm. — Terapia: digitalis248 jeden na 150 — co trzy godziny łyżka; sparteni249 dwa deci na dziesięć — kroplami. — Prawda, panie z dyplomem? — Z „res sacra — aegrotus250 — egzaminów ani skrótów nie ma — prawda, panie doktorze?

— O co panu idzie? — zapytał wreszcie głupkowato, ze źle zrobionym niby-ironicznym uśmiechem.

— O co mi idzie? Ho, ho. — Tego w dwóch słowach nie powiem.

I mówiłem cicho, prawie szeptem — i bardzo szybko:

— Zna pan szpital, prawda? I wie pan, że w czwartki i w niedziele rodzina odwiedza chorych? — Ale nie wie pan, że na tę niedzielę umawia się wuj chorego z ulicy Burakowskiej, kupuje po drodze papierosy na prezent. — A żona kupuje funt cielęciny — i cielęcina akurat świetnie się udaje — taka krucha jak nigdy. — Biorą Zosię, bo ojciec ją najbardziej kocha, a wszystkich bachorów brać nie można, bo służba krzyczy, że sale zapaskudzą, a szwajcar nie wpuści bez łapówki. — I choremu przynoszą nowiny z miasta: Michałową wyrzucają z mieszkania, Antoniego mają już wypuścić za tydzień, Franka się zaręczyła, Stach siedzi bez miejsca. — A chory opowiada o doktorach; jeden doktór jest bardzo ludzki: wypyta, wysłucha, uspokoi; a drugi to jak zwierz: nic nie da sobie powiedzieć, zaraz się zapieni. — Jeden doktór poklepał go i powiedział: „no, no, to z pana zuch”, a drugi pokiwał głową, a trzeci się uśmiechnął. — A w nocy umarł ten stary, co to cały tydzień jęczał i spać nie dawał.

— I cóż z tego — wzruszył ramionami.

— To z tego, że ja żądam, by lekarz, który decyduje się w naszych warunkach praktykować, był bardzo pokorny, kiedy widzi bezpłatnego pacjenta, bo ten bezpłatny chory w osiemdziesięciu wypadkach na sto jest ofiarą kamienicznika, fabrykanta, kapitalisty. Pan powinien się cieszyć, że masz czterech słuchaczów: wytłumacz, jaki istnieje związek między wilgotną izbą a wadą serca, między wadą serca a kaszlem — zrób, żeby ci uwierzyli, żeby nie obstawiali chłopca bańkami i nie poili piwem ze szmalcem. I powiedz, że nadejdzie wreszcie czas, kiedy kamienicznik za wilgotną suterynę lub fabrykant za duszny warsztat sądzeni będą jak nożowcy godzący na życie cudze — sprawiedliwie, jak na to zasługują. — Zrób, abyś ty, pan z dyplomem, miał u nich większy posłuch niż owczarz z Miłosny lub chłopiec od golarza. — A wreszcie...