— Myślę, że ślubny.

— To się spieszcie... Do kasy z tą kartką.

Znów kartka... i już przed Oblicze Pana nad Pany.

Półcień. Cisza. Chłód. Ksiądz siedzi na uboczu i czyta. Czekamy: ich nieślubne — i nasze ślubne. — Spojrzał na zegarek, wziął gruby modlitewnik — podają mu stułę.

Wśród ciszy ponurej rozlega się znużony, senny głos modlitwy.

— Czego żądasz od kościoła?

— Wiary — odpowiada szmer.

— Wiara coć dawa?

— Żywot wieczny.

Przewraca grube karty książki, tchnie w twarz uśpionego niemowlęcia i czyni nad nim znak krzyża dwukrotny. — Pomarszczoną rękę nad nim wznosi i sól do ust jego wkłada. Maleństwo otwiera zdziwione oczy i ssać poczyna.